Ikony stylu – Twiggy

Grudzień 4, 2015

Dzisiejsza bohaterka cyklu „Ikony stylu” różni się nieco od poprzednich. Pojawienie się jej na moim blogu może być dla niektórych zaskoczeniem: trudno byłoby powiedzieć o niej, że wsławiła się wyjątkową elegancją lub zamiłowaniem do klasyki. Mimo że jej kariera na wybiegach trwała zaledwie parę lat, nikt nie kwestionuje jej wpływu na modę od lat 60. XX wieku aż do dzisiaj. Kilkuletnia obecność tej postaci w przemyśle modowym wystarczyła, by zmienił się on na stałe. Oceny przemian, które zaszły pod jej wpływem, są najróżniejsze – od wyrazów zachwytu do miażdżącej krytyki.

Dziewczyna jak gałązka

Pewnie już wiecie, że chodzi o Twiggy Lawson. Filigranowa nastolatka, której nagłe pojawienie się w mediach w 1966 roku wstrząsnęło nie tylko światem mody, ale i całą kulturą popularną, szybko stała się pierwszą w historii supermodelką znaną dosłownie na całym świecie. Jej fotografie pojawiały się w najznakomitszych magazynach: „Elle”, „Vogue”, „Harper’s Bazaar”, „Paris Match” to tylko niektóre z nich.


Lesley Hornby, bo tak brzmiało panieńskie nazwisko Twiggy, dorastała w niezamożnej rodzinie na przedmieściach Londynu. Od zawsze była trochę mniejsza i sporo chudsza niż jej rówieśnicy, co oczywiście nie wpływało dobrze na jej samoocenę – później wspominała, że u progu kariery, w wieku szesnastu lat, czuła się jak „śmieszne, chude, małe stworzenie”. Nic więc dziwnego, że osobą najbardziej zaskoczoną rozmiarem sukcesu Twiggy była sama Twiggy. Warto dodać, że ten pseudonim to bardzo ładny pomysł – zdrobniała forma słowa „twig” oznacza „gałązkę” i świetnie oddaje wyjątkowe połączenie smukłości i wdzięku, jakie można było dostrzec w Lesley.


Kiedy rozpoczęła się jej kariera, Twiggy miała niespełna 17 lat i ważyła niecałe 41 kilogramów. To bardzo mało, nawet jak na skromne 165 centymetrów, którymi obdarzyła ją natura. Przy takich warunkach fizycznych kobiece cechy zewnętrzne nie były zbyt wyeksponowane – innymi słowy Twiggy była tak szczupła, że jej piersi i biodra były ledwo widoczne. Ze swoimi chudziutkimi kończynami i wielkimi oczami modelka wyglądała jak dziecko w makijażu, a świat pokochał nowy typ urody, w którym androgyniczna sylwetka łączyła się z dziewczęcym urokiem.

Czas na zmiany

Pseudonim Lesley został wymyślony przez Nigela Davisa – menadżera Twiggy, z którym modelka była przez pewien czas związana. To on jako pierwszy dostrzegł w dziewczynie potencjał, który w połączeniu z tak zwanym wiatrem historii doprowadził do zmiany kanonu piękna.


Jako przypadek (więcej o takich przypadkach możesz przeczytać w notce Poza schematem) rozumiem okoliczności, które miały wpływ na karierę Twiggy, a nie były bezpośrednio związane z nią samą. Sama Lesley była uroczą nastolatką, trudno się z tym nie zgodzić. Jednak możliwe, że nie zrobiłaby tak oszałamiającej kariery, gdyby nie nasilająca się potrzeba odmiany, którą wśród młodzieży w krajach Zachodu w drugiej połowie lat 60. niemal czuło się już w powietrzu, a która osiągnęła apogeum w słynnym roku 1968, kiedy ruchy młodzieżowe w różnych zakątkach świata wyszły na ulice, aby zamanifestować swoje poglądy. Nowy typ urody i luźniejszy, pozbawiony sztywnej elegancji styl, jaki prezentowała Twiggy, doskonale wpisały się w te oczekiwania.


Społeczeństwo brytyjskie, jeszcze kilka lat temu konserwatywne, w 1966 roku było gotowe na coraz to nowsze objawy gorączki młodości – nie da się ukryć, że The Beatles i The Rolling Stones, które zawojowały wyspiarskie sceny kilka lat wcześniej, przyzwyczaiły rodaków do nowych, nieoczekiwanych i spontanicznych zjawisk w kulturze popularnej. Warto o tym pamiętać, bo pojawienie się Twiggy – pierwszej gwiazdy modelingu, która zabłysnęła tak szybko i tak jasno – jest zjawiskiem ważnym nie tylko dla świata mody, ale po prostu całej popkultury. Warto też wspomnieć, że Twiggy była pierwszą sławną modelką, która nie wywodziła się z zamożnej, wpływowej rodziny. Była typową dziewczyną z sąsiedztwa, która długo sama szyła sobie ubrania.


Jej charakterystyczny makijaż – gładka twarz i mocno podkreślone oczy, które dzięki tuszowi i eyelinerowi wyglądały na jeszcze większe niż w rzeczywistości – nie był ani naturalny, ani typowo uwodzicielski. Raczej upodobniał eteryczną Lesley do nimfy czy elfa, niż podkreślał jej kobiecość. Co więcej, jej krótkie, gładkie włosy obcięte w stylu pixie eksponowały pewną niedoskonałość urody – lekko odstające uszy! A jednak chyba nikt nie uznał tego za niestosowne, wręcz przeciwnie: wyraźnie widoczne uszy tylko podkreślały wdzięk Twiggy i dodawały jej nieco eteryczności. Warto powiedzieć to wyraźnie: wraz z pojawieniem się Twiggy klasyczny ideał piękna odszedł na chwilę w odstawkę.

Minidziewczyna w minispódniczce

Twiggy Lawson stała się idolką, co miało wpływ na pojawienie się pewnych problemów. Wiele nastolatek chciało wyglądać tak jak ona, nie zważając na swoje naturalne warunki. Zaowocowało to falą diet odchudzających i zmartwieniem rodziców. Skala problemu nie zamyka się zresztą na gospodarstwach domowych – bardzo szczupła Twiggy zapoczątkowała modę na chude modelki, czyli zmieniła nieco kanon. Sama była raczej fotomodelką, gdyż była za niska na prezentowanie ubrań na pokazach mody, ale to dzięki niej projektanci i szeroko pojęty przemysł modowy pokochali dziewczęta noszące najmniejszy rozmiar.

Lesley często spotykała się z oskarżeniami o promowanie anoreksji. Trudno odnieść się do nich jednoznacznie – Twiggy nie musiała pracować na swoją szczupłą sylwetkę, wyglądała tak od zawsze i w związku z tym trudno zarzucać jej promocję odchudzania. Z drugiej strony jednak nie sposób nie dostrzec związku między jej osobą a modą na rozmiar 34 lub mniejszy.


Moda lat 60. to krótkie spódniczki i luźne sukienki, a Twiggy wyglądała w nich wspaniale. Szczególnie zachwycano się jej nogami, które nazywano „najprostszymi”, a kolana porównywano wręcz do brzoskwiń (porównanie do brzoskwini przypisuje się Dianie Vreeland, która użyła go, opisując w „Vogue’u” ideał urody – Lesley Hornby). Młode dziewczyny wchodzące w dorosłość wreszcie nie musiały ubierać się jak swoje matki – ubrania, które nosiła Twiggy, były uszyte właśnie dla tak zwanych young adults, a ta kategoria była kolejną nowością w świecie mody.


Oprócz luźnych, ale króciutkich mini, Twiggy spopularyzowała prążkowane swetry i męskie (!) marynarki, w których zresztą chodzi do dziś. Bez jakiegokolwiek skrępowania sięgała i sięga do działów z garderobą męską. Dla większości kobiet (zwłaszcza tych, które mają wyraźne krągłości) to rozwiązanie nie byłoby najlepsze, jednak sylwetka Lesley pozwalała jej bezkarnie wybierać dowolne połączenia. Poza tym to przekorne noszenie odzieży męskiej wpisuje się w przemiany końca lat 60., o których nie sposób nie pamiętać, starając się zrozumieć nieoczekiwany sukces modelki.


Większość charakterystycznych dla Twiggy ubrań świetnie sprzedałaby się również dzisiaj (okay, powiedzmy, że podkolanówki, w których chętnie się fotografowała, podlegają pewnym negocjacjom). Jej styl ciągle wygląda świeżo i atrakcyjnie, a to osiągnięcie, którym może pochwalić się niewiele rozpoznawalnych postaci. Nie chodzi zresztą tylko o odzież – zarówno fryzura à la Twiggy, jak i makijaż czy sylwetka ciągle podobają się i kobietom, i mężczyznom. Ta szczególna ponadczasowość to główny powód, dla którego postanowiłam opisać tutaj Twiggy,  pomimo tego, że jej sukienki i moje sukienki różnią się od siebie, i to znacząco.

Natomiast jestem bardzo ciekawa, co Wy sądzicie o jej stylu. Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

 

baner-poziomy

 

Tkaniny wełniane – zobacz produkcję od kulis

Maj 15, 2017

Do czegoś Ci się przyznam. Dość szybko zaakceptowałam fakt, że tkaniny wełniane nie należą do tanich. Wiadomo, za jakość trzeba odpowiednio zapłacić. Mimo wszystko niektóre ceny potrafiły czasami zaskoczyć nawet mnie. Na przykład metr wikunii (najdelikatniejszej wełny na świecie, którą mamy dostępną u nas w butiku w szyciu na miarę) kosztuje około 10 000 zł. Gdybyś miała ochotę na wersję z jedwabiem, to ceny zaczynają się od 13 000 zł za metr. Wikunia to jednak temat na inny wpis. Dziś zajmiemy się standardowymi tkaninami wełnianymi, których ceny na początku również mogą wydawać się wysokie (400–600 zł za metr).

Wszystko staje się bardziej logiczne, kiedy na własne oczy zobaczy się, jak wieloetapowym procesem jest przygotowanie tkaniny – od rozpoczęcia jej tkania do momentu, w którym staje się gotowa do szycia.

Dzisiaj zabieram Cię w podróż po tych etapach. Jeśli jesteś ciekawa, jakim cudem z szorstkiej wełny powstaje cudownie miękka tkanina, to zapraszam Cię do Anglii, a dokładniej do Huddersfield. Byłam tam jakiś czas temu i w kilku różnych fabrykach obserwowałam proces produkcji tkanin. Wycieczka zajęła mi cały dzień; powiedzieć, że fabryki były ogromne, to tak naprawdę jak nie powiedzieć nic. Były o l b r z y m i e. Zatrudniały gigantyczną ilość osób oraz były wyposażone w tak wielką ilość zaawansowanych technologicznie (oraz ekstremalnie drogich) maszyn, że w zasadzie biznes w Huddersfield ma 100% gwarancji, że w Wielkiej Brytanii nie będzie miał nigdy konkurencji.

Aha, ale skąd Huddersfield? Niespodzianka! Wełna lubi wodę (ale nie tę w Twojej pralce), a to miasto jest bardzo deszczowe i wilgotne. Dodatkowo woda jest bardzo miękka. Dlatego to właśnie w tamtym rejonie Anglii (podobnie jak w Bielli we Włoszech) najlepiej produkuje się tkaniny. Za chwilę wyjaśnię dlaczego.

Zacznijmy od początku. Pierwszym etapem produkcji tkaniny jest oczywiście jej tkanie.

Lubisz tkaniny we wzory? To wyobraź sobie, że aby je utkać, widoczny na zdjęciu wyżej rozkład nitek sprawdzany jest przez 12 (!) osób specjalnie zatrudnionych tylko do tego. Tu nie może być mowy o zmęczeniu, pomyłce, złym spojrzeniu albo chwilowym rozkojarzeniu, bo wtedy maszyna – zamiast pięknej kraty księcia Walii – utka jakieś dziwne zygzaki.

Jak widać, prawidłowe ułożenie przędzy nie jest wcale takie łatwe. Podziwiam ludzi, którzy muszą wykazać się taką precyzją w pracy.

Po tkaniu dochodzimy do etapu prania. Naprawdę nie próbuj tego sama, bo maszyna do prania widoczna na zdjęciu powyżej nie może się równać pralkom, które mamy w domu. W każdym razie świeżo utkana tkanina wełniana jest mało przyjemna w dotyku i dość sztywna. Z tego powodu później jest wielokrotnie wypierana w wodzie i mydle. Ten zabieg ma nadać tkaninie odpowiedniej miękkości.

Boję się, że skoro napisałam o tym mydle, to zaraz ktoś go użyje i zniszczy swoją sukienkę. Powiem tak: ja bardzo często drobne zabrudzenia zapieram przy pomocy ręcznika, wody i podstawowego mydła (czyli bez żadnych bajeranckich dodatków). Robię to jednak na własną odpowiedzialność i zdaję sobie sprawę z tego, że mogę w ten sposób zniszczyć tkaninę. Oficjalnie nie wolno tego robić.

Wyprana tkanina przewożona jest do kolejnej firmy, a w niej poddawana jest wielu zaawansowanym procesom technologicznym. Nazywa się to finiszowaniem (wykańczanie) tkanin. Wtłacza się w nią parę, wielokrotnie prasuje, impregnuje itp. To tutaj tak naprawdę odbywają się te wszystkie magiczne sztuczki, dzięki którym Ty przychodzisz do mojego sklepu i jesteś zdziwiona, że wełna jest aż tak gładka i przyjemna w dotyku. Zobacz, jak to wygląda z bliska.

Po długotrwałym i skomplikowanym procesie finiszowania tkanina jest przewożona do magazynu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wyobraźcie sobie, że na tym zdjęciu jest jakieś 245 kuponów tkanin w odcieniu ciemnego granatu. Trzeba znaleźć belkę, odciąć odpowiednią liczbę centymetrów i wysłać do klienta. Najlepiej tego samego dnia, którego klient złożył zamówienie. Znów wymagana jest ogromna precyzja, bo wzory są do siebie podobne i bardzo łatwo o pomyłkę.

Nie jest to proste, ale warto. Zawsze powtarzam, że tkaniny wełniane charakteryzuje jakość. Teraz mam na to niepodważalny dowód. Spójrz na poniższe zdjęcie. To próbnik tkanin, który ma ponad sto lat. Widzisz, co się stało z papierem, a co z tkaniną? To mówi samo za siebie.

A przy okazji mamy dowód na to, że ponadczasowość niektórych wzorów jest naprawdę nie do przebicia.

To jak, na lato wybierasz dla siebie coś zielonego czy różowego? Zapraszam do skorzystania z usługi szycia na miarę – mamy mnóstwo tkanin z Huddersfield!

 

baner-poziomy

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 #mondaymood #newhair #blueshirt #pierwszeselfieidroku  #leaf #nature #inspo
 #lilac #instaflowers #flowers #flowersgram #springinspired #springmood  Uwielbiam taka pogodę ☀  ⛱ @monikakaminska_official dress #ootd #wooldress #summerwool #fabrics #luxuryfabrics #minimalstreetstyle #minimalstyle
 Czuję, że będzie to moje nowe jedzeniowe uzależnienie @coco_bowls_warsaw robi śniadaniowe mistrzostwo świata    #veganfood #vegan #onthewhitetable #onthetable #handsintheframe #instafood #flatlay  Ja wiem, że szczęścia kupić nie można, ale jednak... @benandjerryspl    #benandjerrys #icecream #purehapiness
 #sundaymood #sundaymornng #morningligh #jeffreycampbell #shopbop  #gypsophilla #morningligh #onthetable #onthewhitetable
 W @monikakaminska_official szliśmy w 3 dni suknie ślubną. Postanowiliśmy też trochę przyszłą Pannę Młodą zaskoczyć i zamówiliśmy dla niej ciastka z projektem jej sukienki  #dreamjob #weddingdress #coolwool #luxuryfabrics #bespoketailoring #weddinginspiration  #warsaw #instawarsaw #igerswarsaw #alejeujazdowskie #springmood #springinspired