Power dressing – siła kobiecego ubioru

Lipiec 26, 2016

Kiedy mężczyzna chce zbudować autorytet swoim wyglądem, oczywiście wkłada garnitur. Kobieta ma dużo większe pole do popisu; może śmiało grać swoim wizerunkiem. Czym kiedyś był, a czym jest dzisiaj power dressing?

Określenie power dressing przeważnie jest rozumiane jako styl ubioru służący do podkreślania i budowania pozycji, zwłaszcza w biznesie i polityce. Chodzić może o strój zarówno męski, jak i kobiecy. Pojęcie power dressing zrobiło jednak furorę w odniesieniu do mody damskiej. Ta płeć zwana piękną – a nie kompetentną, profesjonalną i silną – musiała znaleźć dla siebie odpowiednik formalnego garnituru, wykazując się przy tym dużą inwencją. Dlatego w tym artykule skupiam się na kobiecej stronie power dressing.

Margaret_Thatcher

Dwurzędowa marynarka tworzy tło dla wyrazistej biżuterii Żelaznej Damy

Najczęstsze skojarzenia z tym stylem to lata 80. i Margaret Thatcher oraz bohaterki „Mody na sukces” (ze Stephanie na czele). Wszyscy to znamy – marynarki z dużymi poduchami w ramionach i wielkie brochy. Czy to zamknięty rozdział w historii mody?

Nic podobnego! Po pierwsze, wszystko w modzie wraca, a lata 80. nadal są źródłem inspiracji dla projektantów. Po drugie, nie o same lata 80. tu chodzi. Power dressing ma przecież ponadczasowe znaczenie, o czym możemy się przekonać, chociażby oglądając „Suits” i analizując stroje Jessiki (zdjęcie główne notki).

Power dressing zakłada po prostu, że strój ma tworzyć wizerunek silnej profesjonalistki. W ten sposób można podkreślić swój autorytet albo wykorzystać ubiór jako pomoc w walce o władzę. Idea ma zatem bardzo konkretne przełożenie na czas obecny.

Jak powinien wyglądać power dressing w praktyce? Pomysłów jest wiele i realizacje bywają skrajnie różne. Jedni radzą naśladować wygląd mężczyzn, twierdząc, że w innym wypadku kobieta nie odnajdzie się w świecie biznesu czy też polityki. Zdaniem drugich podkreślenie kobiecości (choćby za pomocą kostiumu w odcieniu czerwieni) może zapewnić przewagę nad mężczyznami, ponieważ wyróżnia z tłumu. Jedni będą patrzeć na power dressing przez pryzmat sztywnych norm, które dawały dobre efekty już w przeszłości. Inni podejdą do tematu bardziej twórczo, szukając nowych sposobów budowania przekonującego wizerunku. Tak czy owak: zawsze chodzi o interakcje pomiędzy kobietą a jej otoczeniem w sferze zawodowej.

Sprawa nie jest więc oczywista. Żeby jakoś Wam to rozjaśnić, w dalszej części artykułu prześledzę ciekawe przykłady realizacji idei power dressing w modzie damskiej i wskażę najważniejsze dla mnie elementy tego stylu – historyczne i współczesne.

Le Trottin

Obraz Jeana Berauda z 1905 roku

Skąd się to wzięło?

W różnych artykułach na temat power dressing w kobiecym wydaniu można przeczytać, że założycielką tego stylu jest Coco Chanel. Chodzi tu oczywiście o jej słynne kostiumy, złożone z krótkiego żakietu i spódnicy sięgającej lekko za kolano. Moim zdaniem źródeł power dressing w modzie damskiej należy szukać jeszcze wcześniej – choćby wśród skromnych strojów paryżanek z początku XX wieku, naśladujących często męskie garnitury (oczywiście dół stanowiła długa spódnica, spodnie to wtedy byłby już skandal!).

1965_purple_Chanel_suit fot Mabalu

Klasyczny przykład chanel suit z 1965 roku, fot. Mabalu

Rzeczywiście jednak wielka Coco bardzo przyczyniła się do popularyzacji damskiego odpowiednika garnituru. Pierwsze przykłady stroju, który znany jest na całym świecie jako chanel suit, to już lata 20. Z czasem te minimalistyczne i uniwersalne kostiumy stały się sztandarowymi produktami paryskiej wizjonerki. W latach 50. i 60. często nosiły je takie ikony elegancji jak Audrey Hepburn i Grace Kelly.

O ile niektóre z kostiumów chanel miały bardziej glamourowy charakter (przypomnijcie sobie choćby różowy zestaw Jackie Kennedy), o tyle inne – uszyte z szarej wełny, w zasadzie bez ozdób – jak najbardziej nadawały się do wykorzystania w środowisku biurowym. Ale, umówmy się, z naszej perspektywy sylwetka tworzona przez żakiet chanelkę nie jest zbyt władcza. W latach 20., gdy powstała idea tego kostiumu, był to dość szokujący przykład mody na kobiecość zmaskulinizowaną, niezależną, wyzwoloną z wyszukanych sukien z początku XX wieku.

Wraz z upływem kolejnych dekad chanel suit był już odbierany jako element raczej konserwatywnego wizerunku. Tymczasem kobiety intensywnie poszukiwały sposobu, by w stworzyć image bardziej agresywny i stanowczy. Przejmowały więc coraz więcej elementów męskiego ubioru biznesowego. Działo się tak zwłaszcza pod koniec lat 70., gdy przemiany obyczajowe wreszcie dotarły do świata polityki i wielkich korporacji, a w rezultacie kobiety w krajach Zachodu zaczęły robić kariery na najwyższych stanowiskach. Jak te przemiany wpłynęły na modę?

Przebrać się za mężczyznę

Jednym z wyznaczników power dressing w modzie damskiej – już od lat 80. – jest maskulinizacja. W znacznej mierze chodzi o to, żeby nie wyglądać na ważnym spotkaniu jak laleczka. Oczywiście profesjonalny wygląd nie musi przecież oznaczać typowo męskiego ubioru (zaraz do tego dojdę). Ale pod koniec XX wieku wśród kobiet sukcesu częste było właśnie trzymanie się estetyki bardzo zbliżonej do męskiego garnituru biznesowego.

screenshot-developers.pinterest.com 2016-07-21 19-41-58

Zestaw prezentowany w magazynie „Spiegel” z 1989 roku, źródło

Po części jest to uzasadnione psychologicznie. Spójrzmy choćby na kolory. Granat uważa się za barwę wywołującą skojarzenia z profesjonalizmem i autorytetem. Szarość wiązana jest z solidnością. Czerń według niektórych badań traktowana jest jako barwa władzy i stanowczości. Te trzy kolory, tak często wybierane przez mężczyzn, zostały szybko zaadaptowane przez kobiety pracujące w biznesie.

Także kroje mają podobne uzasadnienie. Wyraźną i prostą linię rozbudowanych ramion postrzegamy automatycznie jako znak siły, stanowczości, pewności siebie. Odpowiednie klapy marynarki dodają sylwetce dynamizmu. Koszula czy bluzka, która zakrywa dekolt, gwarantuje jednocześnie, że nikt nie będzie w ten dekolt zaglądał, zamiast patrzeć kobiecie w twarz. W wielu przypadkach celem kobiet stawiających na zmaskulinizowany strój było ograniczenie erotycznych skojarzeń w sytuacjach zawodowych.

dietrich

Marlena Dietrich w latach 30.

Oczywiście naśladowanie typowo męskiego stroju przez kobiety miało miejsce już dużo wcześniej. Można wymienić młodą George Sand, przed dwustu laty szokującą Paryż papierosem i męskim strojem. Koniecznie trzeba wymienić też Marlenę Dietrich, która w latach 30. nosiła tweedowy garnitur wraz z zapiętą pod szyją koszulą i krawatem (jedynie krój marynarki odbiegał nieco od męskiego wzorca – ale tylko po, by ukryć biust, a nie podkreślać go, jak niektóre żakiety).

Zmaskulinizowany ubiór damski, który traktowano długo jako wybryk artystek, został doceniony ze względu na praktyczność i skojarzenia z profesjonalizmem. Pod koniec XX wieku stał się powszechnie akceptowanym strojem kobiety sukcesu.

Jiechi_-_Rice_MG_9772_600

 Amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice w garniturze biznesowym 

Nie rezygnować z kobiecości

Nie wszystkie spośród damskich odpowiedników garnituru mają na celu zamaskowanie płci. Wprawdzie marynarki wpisujące się w power dressing często ukrywają kobiece kształty (z takich krojów znana jest m.in. Angela Merkel), ale są też takie żakiety, które mocno podkreślają talię i tworzą sylwetkę klepsydry. Również ołówkowa spódnica i szpilki nieprzypadkowo należą do arsenału power dressing. Nie oszukujmy się, atrakcyjność cielesna ma znaczenie w biznesie. Jeśli komuś uda się połączyć takie elementy wizerunku jak profesjonalizm, stanowczość i atrakcyjność właśnie – sukces ma zagwarantowany. Ale oczywiście taki zestaw cech niełatwo zharmonizować.

___

źródło zdjęcia głównego

 

 

 

  • Madeleine

    To zapewne niepopularny pogląd, ale według mnie kobieta w sukience lub spódnicy w większości przypadków będzie miała więcej z sekretarki, niż szefowej/przewodniczącej/dyrektorki. Claire w sukienkach wygląda profesjonalnie, bo ma chłodny typ urody i krótkie włosy.

    • Oj, to baaaaardzo duże naciągnięcie, że dzięki temu wygląda okay.
      A z tą sekretarką to mi jest przykro, że ktoś w ten sposób postrzega kobiety. Na szczęście tak jak napisałaś – nie jest to popularny pogląd.

      • Madeleine

        Nie chodzi o wyrzekanie się kobiecości. Po prostu uważam, że bardziej profesjonalnie/”dyrektorsko” będzie wyglądała kobieta w doskonale dopasowanych spodniach cygaretkach i marynarce/koszuli/eleganckiej bluzce niż kobieta w doskonale dopasowanej sukience. Sukienki są wspaniałym elementem garderoby, ale na wysokich szczeblach korporacji/dyplomacji/państwa moim zdaniem znacznie lepiej sprawdzają się eleganckie spodnie.

        • Gigantyczne uproszenie. Dodatkowo jest jeszcze rożnica w power dressingu w biznesie i w polityce. Więc nadal skojarzenia z sekratarką jest naprawdę mocno na wyrost.

    • Oj, ja też uważam, iż to duże uproszczenie. Dobrze dobrana sukienka potrafi zdziałać cuda z wyglądem kobiety, nawet jak ma duże mankamenty figury. W odpowiednim fasonie i długości na pewno doda profesjonalizmu, choćby później okazało się, że profesjonalny jest tylko u danej pani strój a cała reszta pozostawia wiele do życzenia, w sensie zachowanie.
      Na pewno sukienki Moniki mogą wywrzeć na odbiorcy ich posiadaczek takie pozytywne wrażenie:-)

  • Strój na pewno kreuje nasz wizerunek, bardziej lub mniej profesjonalny. Ale, nawet najlepsze wrażenie wywołane dobrym strojem może prysnąć, jeśli osoba nosząca go nie opanowała zasad kindersztuby. Czyli nie ma klasy, nie odbiera telefonów, nie odpisuje na maile czy nie umie się adekwatnie odezwać np. do swego partnera biznesowego

  • Pingback: Margaret Thatcher – wizerunek Żelaznej Damy | BLACK DRESSES – blog lifestylowy()

  • aleksandrasowinska

    Ja też uważam, że najlepszym wyborem jest sukienka – prosta, elegacka, nawet surowa. Claire Underwood wygląda super. Sama bardzo dobrze czuję się w takich prostych sukienkach. Świetny artykuł:)

  • Pionierka

    Jak dobrze, że w ramach power dressing w mojej branży wystarczają dżinsy i koszula flanelowa :) Choć eleganckie kobiety z przyjemnością podziwiam.

  • Pingback: Garnitur damski – wywrotowa historia | BLACK DRESSES – blog lifestylowy()

Pół roku po otwarciu butiku

Grudzień 28, 2017

Rok temu mniej więcej o tej samej porze w moim mieszkaniu odbywał się bifor przed Blogowigilią (corocznym wigilijnym spotkaniem twórców internetowych). Typowa K(asia) mnie czesała, Janek z Konradem wymieniali informacje branżowe (#trudnesprawy), Roman przygotowywał drinki. Planowałam siedzieć cicho, ale nie dałam rady – musiałam się pochwalić, że w końcu, po wielu miesiącach poszukiwań, udało nam się znaleźć idealny lokal na nasz butik. Wtedy widzieliśmy go tylko raz, dwa dni wcześniej wieczorem. W środku nie działał prąd, więc wszystko musieliśmy oświetlać latarkami w telefonach. Po weekendzie byliśmy umówieni na kolejne oglądanie, tym razem w dzień.

Martwiłam się, że kiedy nastanie jasność, to okaże się, że to jednak nie jest miejsce, którego szukamy.

Dziś dokładnie pamiętam, jak w styczniu 2017 r. chodziliśmy po kamiennej podłodze już wtedy naszego butiku. Czas mija naprawdę ekstremalnie szybko. Rok temu wynajęliśmy nasz wymarzony butik przy Niecałej 7, pół roku temu w końcu udało nam się go otworzyć. Jak przez ten okres zmieniło się moje życie (bo nie ulega wątpliwości, że drastycznie)?

LEKCJE ŻYCIA

Byłam w tym roku na darmowym szkoleniu z zarządzania bezustannym kryzysem w biznesie. Domyślacie się, co mam na myśli. Tylu negatywnych emocji nie miałam w sobie nigdy w życiu i z żalem przyznaję, że bardzo odbiło się to na moim zdrowiu fizycznym i psychicznym. Śmiało mogę powiedzieć, że co nas nie zabije, to doprowadzi nas do nerwicy. Gdy patrzę na ten nasz remont z perspektywy, jasno widzę, że trafiliśmy po prostu na ekstremalnych partaczy, którzy wykorzystali nasz brak znajomości tematu, żeby wcisnąć nam swoje totalnie błędne pomysły, zarobić na nas i zniknąć. Mogłabym tak długo wylewać swoje żale, bo naprawdę boli mnie to, że dałam się tak łatwo nabrać. Napiszę jednak, że właśnie jesteśmy w trakcie kolejnego remontu. Tym razem mniejszego, bo tylko biura. Z innym architektem i inną ekipą budowlaną. I co? ZERO STRESU. Można? Można! Tym samym chciałabym zakomunikować, że nie ma takiego zawodowego bagna, z którego nie da się wyjść. I tego się trzymaj, kiedy trafi Ci się tak kiepski moment w pracy. Zawsze jest szansa ruszyć do przodu.

ORGANIZACJA PRACY

Wraz z przenosinami na Niecałą zmienił nam się czas pracy. Butik jest otwarty od 11:00 do 19:00, co w praktyce oznacza, że pracujemy cały dzień. Ja nadal uparcie trzymam się tego, że praca to praca, a bycie własnym szefem nie oznacza przyzwolenia na codzienne kilkugodzinne lunche. Dużo moich znajomych pracuje do godz. 16:00 i nie rozumie, że nie chcę wyjść z butiku przed 19:00. A prawda jest taka, że często nie wychodzę przed 21:00, bo we własnej firmie non stop jest coś do zrobienia. Oczywiście wiem, że to już niemodne, ale ja od zawsze mam taki styl życia i nie planuję go zmieniać. Kocham to, co robię. Wciąż podtrzymuję, że bez sumiennej i regularnej pracy, zwanej po prostu zapierdalaniem, nie da się osiągać swoich celów. Okay, albo ja swoich bym nie osiągnęła, ponieważ nieustannie wyznaczam sobie kolejne. Co ciekawe, od liceum odgrażałam się, że będę pracować po godzinie 12:00 (ponieważ uwielbiam spaaaaać), i w pewnym sensie mi się udało. Moim największym sukcesem jest to, że nie muszę wstawać o 6:00 rano. Choć mam energię, żeby w piątek o 23:00 zmieniać w butiku ekspozycje, to rano nie próbujcie mnie zmusić – nawet nie tyle do pracy, ile do wyjścia z domu o 8:00. O tej godzinie mogę władać światem jedynie z kanapy. Jestem naprawdę wdzięczna, że udało mi się to poukładać tak, jak zawsze chciałam.

INWESTOWANIE

Wielu osobom wydaje się, że skoro ktoś otwiera butik w środku miasta, to znaczy, że sypia na banknotach i kąpie się w bąbelkach z monet. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że we wrześniu, inwestując w zimową kolekcję, dosłownie wyzerowałam swoje konto. Dlaczego? Otóż, żeby taki lokal na siebie zarobił, to poza całym szeregiem kosztów (pracownicy, lokal, wystrój, opakowania itp.) trzeba przede wszystkim zaopatrzyć się w towar, za który płaci się oczywiście z góry. A nigdy nie ma gwarancji, że uszyjemy coś, co na pewno się sprzeda, i nie utopimy ogromnych sum. Koszty rosną lawinowo. Wełna w ciągu roku drożeje o około 20% (jeśli interesuje Cię tematyka cen ubrań, to więcej na ten temat możesz przeczytać w moim tekście Skąd się bierze cena ubrania), a sytuację pogłębia fakt, że każda osoba, która orientuje się, że mamy butik w tym, a nie innym miejscu, nagle znacznie podnosi swoje stawki. Co gorsze: za wyższą ceną wcale nie idzie lepsza jakość. Po prostu dostajemy wyższą cenę. BO TAK.  To jest jakiś horror i pociesza mnie tylko fakt, że mieszkańcy budynku przy Niecałej mają ten sam problem, więc nie jestem sama. Nie można zadzwonić po hydraulika, bo okazuje się, że za sprawdzenie jednej rury bierze trzykrotnie więcej niż na tej samej ulicy, ale w starym bloku naprzeciwko. W ciągu pół roku musiałam więc nauczyć się inwestować od nowa oraz – co było dla mnie trudniejsze – negocjować lub też rezygnować ze współpracy z pewnymi osobami, które nagle zobaczyły we mnie maszynkę do zarabiania pieniędzy. Krótko mówiąc: często w telefonie myli mi się Facebook z kalkulatorem. Nie przestaję liczyć.

KOLEKCJE

Butik w nowym miejscu oraz publikacje w wielu zagranicznych magazynach modowych pozwoliły złapać mi wiatru w żagle i trochę zaczęłam szaleć. Do kolekcji ready-to-wear postanowiłam wprowadzić te elementy, które wcześniej szyłam sobie na miarę. Szerokie spodnie, dwurzędowe marynarki, minispódniczki oraz w końcu – tkaniny we wzory. Kiedy siedziałam na I piętrze showroomu na Poznańskej, to zdecydowanie przestrzeń mnie ograniczała i trochę negatywnie onieśmielała. Jeśli szyłam coś szalonego, to tylko dla siebie na Pitti. Nowa lokalizacja mnie wzmocniła, sprowadziła też trochę inny typ klientek i pozwoliła mi rozwijać się odważniej. Jara mnie to jak pizza w neapolitańskim piecu, bo po zakupach klientek widzę, że był to strzał w dziesiątkę. Nie dalej jak wczoraj Verona Suit nałożyła pani, która wygląda w tym zestawie lepiej niż ja i kupiła go, chociaż twierdziła, że nie jest fanką szerokich spodni. Ale leżały tak idealnie, że nie miała wyjścia – wzięła je od razu.

PRIORYTETOWANIE

Nie miałam nigdy problemy z zarządzaniem swoją pracą, ale butik wymaga ode mnie jeszcze silniejszego skupienia się i jeszcze szybszego analizowania sytuacji. Czasem w jednej chwili przychodzi nowa dostawa szalików, trzeba dodać garnitur do stanów magazynowych, znaleźć pokrowce na zapleczu, zająć się klientem w butiku, zmienić grafikę w sklepie online i odpisać na e-maile. Delegowanie zadań też się samo nie zrobi, wiele rzeczy trzeba wytłumaczyć. Oczywiście gdzieś w tle dzwoni telefon, w brzuchu burczy, a głowa domaga się kofeiny. Na szczęście uwielbiam taki rozgardiasz, mega mnie to nakręca i dzięki temu pracuję szybciej i efektywniej. Doceniam, że od zawsze robiłam mnóstwo naraz, bo dzięki temu jestem naprawdę wytrenowana w podejmowaniu decyzji, w jakiej kolejności zapanować nad sytuacją. Oczywiście zdarzają się też mniejsze bądź większe kryzysy, ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi.

SYTUACJE KRYZYSOWE

Kiedyś na każdy, nawet najmniejszy problem reagowałam płaczem. Dziś jedynie na co drugi. Trochę tu sobie śmieszkuję, ale nie tylko pół roku w butiku, lecz także trzy lata prowadzenia marki nauczyły mnie, że chociażbym stanęła na głowie, to na niektóre rzeczy nie mam wpływu. Bywały czasy, że potrafiło mnie to ekstremalnie załamać. Dziś wiem, że ważniejsze niż lamentowanie jest szybkie reagowanie, znalezienie rozwiązania i przeanalizowanie problemu, tak żeby nie doprowadzić ponownie do takiej sytuacji. Pogodziłam się z tym, że nie da się wszystkiego zrobić idealnie. To nie znaczy, że odpuszczam. Nic z tych rzeczy. Dalej cisnę na 250% normy, ale mniej siebie samobiczuję, jeśli popełnię jakiś błąd. Pomyłki są wpisane w pracę, ale jeśli mam świadomość, że robiłam wszystko rzetelnie, a po prostu przytrafił się pech, to jestem w stanie to przełknąć.

RADOŚĆ

Jeśli spacerujesz Niecałą, to możesz zauważyć, że czasem siedzę sobie za ladą butiku. To mi chyba daje najwięcej radości (poza dotykaniem tkanin…), bo dosłownie i namacalnie pokazuję, że to właśnie jest moje miejsce pracy. A to wcale nie jest takie oczywiste, jak mogłoby Ci się wydawać! Moje życie zmieniło się ekstremalnie szybko. Trzy lata temu pracowałam jako logopeda, chociaż już gdzieś z tyłu głowy czułam, że na pierwszych dwóch sukienkach, które wyprodukowałam, ten projekt się nie skończy. Od samego początku dawał mi podejrzenie dużo radości i sprawiał, że bez problemu mogę pracować, pracować, pracować i wciąż się z tego cieszyć. Cudowne uczucie!

NEVER ENDING STOOOORY

To nie jest tak, że butik się otwiera i już wszystko ma się gotowe raz na zawsze; że wystarczy wpaść w ciągu dnia na godzinkę, zrobić sobie selfie w lustrze i to by było na tyle z pracy. Jest doooooookładnie odwrotnie! Moja mama zawsze mówiła, że gdy już ma się dom, to trzeba się przyzwyczaić do tego, że ZAWSZE jest w nim coś do zrobienia. Z butikiem jest podobnie. Samo przebieranie manekinów i zmiana ekspozycji zajmują naprawdę dużo czasu, a to tylko niewielki procent rzeczy widocznych na zewnątrz. Tu jest tyle rzeczy do zrobienia, że czasami mam ochotę utopić sobie telefon w zupie, żeby przestał dzwonić. Ale później przypominam sobie, że nienawidzę bezczynności, a zupę kocham. Więc jej nie marnuję.

UCZENIE SIĘ

I na sam koniec coś, co będzie towarzyszyć mi do końca życia. Na szczęście. Kiedy pracowałam jako logopeda w szkole, to starsze koleżanki jak mantrę powtarzały mi, że dobry nauczyciel całe życie się uczy. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z właścicielem marki jest tak samo. Gdybym ze swoją wiedzą dotyczącą krawiectwa i biznesu zatrzymała się na tym, czego dowiedziałam się dwa lata temu, to jest więcej niż prawdopodobne, że nadal byłabym dokładnie tam, gdzie dwa lata temu. Wiem, że najgorsze, co może mi się przytrafić, to przeświadczenie o tym, że wiem już wszystko. Na szczęście natura obdarzyła mnie ekstremalnie dociekliwym umysłem, który kwestionuje dużo rzeczy, zadaje mnóstwo pytań oraz z dziką namiętnością zdobywa nową wiedzę. Totalnie nowy dla mnie temat to np. visual merchandising. Jeśli ktoś Ci kiedyś powie, że to po prostu ŁADNE ułożenie towarów w sklepie, to poproś go, żeby równie ładnie popukał się w czoło. Od samego otwarcia gdzieś z tyłu głowy miałam przeczucie, że z VM w naszym butiku coś jest nie tak. Kiedy znalazłam wolną chwilę, żeby ruszyć z tematem, a przy okazji z nieba spadł mi geniusz w tej dziedzinie (Jarek, pozdrawiam!), poczułam się jak dziecko, które od zera uczy się alfabetu. Niesamowicie ekscytujące zajęcie!

Nie będę pisać żadnego podsumowania roku. Chociaż mam poczucie, że może jednak w tym powinnam, to tak naprawdę wolę zabrać się do pracy nad tym, co planuję w 2018 r., niż podsumowywać coś, co już minęło. Napiszę tylko krótko: to był trudny rok, ale zdecydowanie najbardziej ekscytujący w całym moim życiu. A teraz czekam na następne przygody!

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 Poranna dawka inspiracji  #vogueitalia #onthetable #morningroutine #morningcoffee #flatlay #flatlayinspo #vogue #cozymorning #january2018 #gypshophila #whitetable #morning #coffe #coffelovers #coffetime #inspocafe #vogueinspo #coffeaddict #coffeebreak   @sam_edelman shoes Są tak ładne, że aż szkoda je zakładać  @shopbop #samedelman #shopbop #newshoes #shoesaddict
 Na relację z @pitti_uomo_ zapraszam Was na profil @monikakaminska_official #pittiuomo #pitti93 #pitti #pitti93 #pu93 #pittipeople #pittistyle #pittiphotos #redjacket #ootd #redcoat #woolcoat #wooljacket #streetstyle #womaninsuit #pittuwoman #elegantstyle #classy #sartorial #bespoketailoring #bespoke #luxuryfabrics  #monstera  #rondo1 #rondoonz1
 Zaraz znajdziecie się w owsiance  #raspberries #sundaymood #sundaymorning #breakfastinspo #sundaybreakfast #pooridge #winterbreakfast #onthetable #sundaychill #pornfood #healthfood #fruitlovers  Sunday  #sundaymood #valenciatrip #sky #vscotravel
 Prezent ode mnie dla mnie  @seebychloe / @shopbop #shopbop #bag #seebychloe  sun  #valencia #valenciatrip #vscotravel
 Szara wełniana czapka smerfetka @monikakaminska_official #ootd #wool #greywool #winterootd #streetstyle #minimalstreetstyle  Nature is pleased with simplicity #valencia #valenciatrip #vscotravel