Czego nauczyło mnie założenie firmy?

Wrzesień 19, 2016

Niedługo formalnie będę obchodzić dwa lata prowadzenia działalności gospodarczej. Dwa lata pracy nad firmą w zasadzie już minęły, ponieważ pierwsze kroki poczyniłam pięć miesięcy przed oficjalnym założeniem biznesu. Generalnie – z której strony by popatrzeć – ZUS dla dorosłych się zbliża. Dziś napiszę o tym, czego nauczyło mnie założenie firmy.

(To jest wstęp. Jeśli interesuje Cię samo mięso, przewiń trochę w dół).

Te dwa lata były dla mnie najpiękniejszym okresem w życiu. Gdy teraz patrzę na wszystko z perspektywy, dostrzegam, że od zawsze wiedziałam, że skończę na swoim. Mój plan zakładał co prawda, że będę miała prywatny gabinet logopedyczny (i z tego powodu jeszcze na studiach kupiłam domenę monikakaminska.com), ale jako że „change is the only constant”, to fakt, że wyszło inaczej, przyjęłam jako szansę od losu.

Te dwa lata były dla mnie jednocześnie najgorszym okresem w życiu. Płakałam nad czymś niejeden raz. Szarpałam się z rzeczami, które powinny być proste i szybkie do wykonania. Nie umiałam, nie radziłam sobie, nie wiedziałam, od czego zacząć. Nadal bywam chodzącym kłębkiem nerwów. Wiele razy miałam naprawdę dosyć. Zawsze powtarzałam sobie, że muszę wstać, podnieść koronę i pracować dalej.

Obraz wykreowany przez hiperoptymistyczne artykuły w sieci jasno mówi, że własny biznes to tęcza, spanie do południa i szampan do śniadania. Wciąż czytam o tym, że ktoś zostawił korpo i teraz spełnia się na swoim.

Rzeczywistość jest taka, że na swoim pracuje się znacznie intensywniej niż dla kogoś. A jeśli tworzy się coś zupełnie od zera, to naturalne jest, że poświęca się temu więcej czasu. Założenie własnej firmy w wieku 26 lat, bez żadnego doświadczenia w biznesie, to tak naprawdę absurdalnie szalona i – napiszę to wprost – mało rozsądna rzecz. Dobry pomysł i pracowitość ponad normę to tylko 10%. Reszta to bezustanna lekcja. Codziennie uczysz się czegoś nowego. Już nawet nie mówię o rzeczach, o których nie mówili w szkole (ktoś pamięta zajęcia z przedsiębiorczości i ich przystosowanie do realiów?). Po prostu non stop dowiadujesz się – a raczej przekonujesz na własnej skórze – o czymś, o czym nie miałeś wcześniej pojęcia.

Ponieważ wiem, że część z Was myśli nad swoimi firmami, uznałam, że wartościowe będzie dla Was podzielenie się przeze mnie tym, czego mój biznes mnie nauczył. Kiedy czyta się to na początku swojej drogi, wszystko wydaje się jeszcze dość abstrakcyjne. Jeśli jednak faktycznie planujecie własną działalność, przeczytajcie tekst teraz i po roku jej prowadzenia. Ciekawa jestem, ile moich punktów pokryje się z Waszymi doświadczeniami. A jeśli też macie swój biznes od jakiegoś czasu – koniecznie dajcie znać, jak jest u Was.

Teraz przechodzimy do konkretów. Czego nauczyło mnie prowadzenie własnej firmy?

W biznesie nie ma sentymentów

To najboleśniejsza lekcja, którą odebrałam całkiem niedawno. Miałam kilka takich przypadków, w których współpracowałam z osobami, ponieważ je lubiłam. To nie było tak, że oni wykonywali swoją pracę bardzo źle, a ja im płaciłam wyłącznie z czystej sympatii. Wykonanie było dobre, ale ja co jakiś czas potrzebuję ulepszać rzeczy. Szukałam czegoś innego, wyższej jakości, zmiany rozwiązań. Ciągle jednak powstrzymywało mnie to, że pracowałam z osobami, z którymi się po prostu zakolegowałam. W pewnym momencie strasznie długo stałam w miejscu – to był ten czas, kiedy niestety trzeba było pozbyć się sentymentów. Niedługo później nawiązałam nowe kontakty. I udało się. Wszystko poszło w tę stronę, o którą mi chodziło.

Nie słuchaj tego, co ludzie mówią

ludzie

Pozostając w temacie pracowników. „Będzie pani zadowolona” – dziesiątki razy ktoś mnie omotał. Dosłownie. Kiedyś jedna z podwykonawczyń, oddając mi całkowicie źle wykonaną pracę, przez piętnaście minut komplementowała mój kok, wymuszając na mnie, żebym nauczyła ją go robić, a tym samym próbując odciągnąć moją uwagę od tego, co mi oddaje. Ludzie naprawdę obiecywali mi gruszki na wierzbie, a wychodziły z tego muchomory. Nigdy nie lubiłam spotkań, omawiania projektów i długich debat przy kawie. Parę razy dałam się na to złapać i zawsze, po prostu zawsze tego żałowałam. Podczas takich pogawędek o realizacji zadania podwykonawcy potrafią powiedzieć dosłownie WSZYSTKO. Niestety jeśli ktoś dużo mówi, to zwykle mało robi. Można takich osób posłuchać, pokiwać głową, zlecić prostą rzecz do zrobienia i powiedzieć, że śpieszymy się na następne spotkanie. Decyzje o współpracy polecam podejmować dopiero na bazie konkretnych wykonanych zadań.

Ucz się od innych

Tytuł tego podpunktu może brzmieć trochę jak zaprzeczenie poprzedniego, ale nie w tym sens. Chodzi o to, żeby mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Trzy lata temu o krawiectwie nie wiedziałam nic. Najczęściej powtarzanym przeze mnie zdaniem było: „Nie rozumiem tego, czy możecie mi to wyjaśnić krok po kroku?”. Nieskromnie powiem, że obecnie mam gigantyczną wiedzę dotyczącą produkcji ubrań. To dlatego, że każdy mój podwykonawca na moją prośbę pokazywał mi, co oraz dlaczego robi. Wszystko konsultowałam ze specjalistami w danej dziedzinie. Mnóstwo o tkaninach nauczył mnie Szarmant, a o szyciu – krawcowe, z którymi współpracuję. Generalnie nie ustępowałam, zanim nie zrozumiałam, co i dlaczego wygląda tak, jak wygląda.

Owszem, trzeba ufać innym i dać im wykonywać ich pracę. Jeśli grafik robi mi grafikę, to mnie nie interesuje, jak ona powstaje, ponieważ nie to jest głównym polem mojego działania. Mnóstwo jest za to teraz na rynku „projektantów”, którzy nie mają pojęcia, jak wygląda ich ubranie po lewej stronie – a to jest już dziwne.

Naprawdę warto od podszewki (sic!) znać się na tym, co się robi. Słuchajcie innych, inspirujcie się, nie bójcie się pytać. Wiedzy nikt Wam nie zabierze i nigdy nie będziecie mieć jej za dużo.

Finanse są ważniejsze, niż myślisz

Przeważnie osoby, które otwierają swój biznes, są tak tym podekscytowane, że nie mają biznesplanu ani nawet roboczego planu, co będą robić za rok. Idę o zakład, że gro ludzi nie ogarnia finansów swojej marki. Dlatego jeśli nie stać Was (tak jak mnie) na zatrudnienie dyrektora finansowego, to warto zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, poprosić kogoś o pomoc w analizie budżetowania waszej marki. Niech ktoś bardziej doświadczony zerknie na to, ile kosztuje Was wytworzenie produktu (konstrukcje, tkaniny, przeszycia, modele próbne itp.), wynajęcie lokalu, magazynu, zatrudnienie pracowników, ZUS, VAT, podatek dochodowy i cała reszta kosztów, które składają się na to, że Wasza firma istnieje. Taka osoba może Wam doradzić, za ile powinniście sprzedawać swój produkt, żeby do niego nie dokładać. Prowadzenie firmy to są tak gigantyczne koszta, o których przed jej założeniem się nie wie.

A poza tym warto poszukać księgowej, która w każdej chwili będzie mogła Wam wytłumaczyć, co i za ile będziecie musieli zapłacić. Ja swoją pierwszą księgową męczyłam strasznie długo, zanim zrozumiałam, na jakiej zasadzie będzie działać moja firma. Moje obecna księgowa przyjeżdża do mnie za każdym razem, kiedy mam jakieś większe wątpliwości. Sama bym tego nie ogarnęła. Dlatego tutaj przechodzimy do kolejnego punktu.

Ale najważniejszy jest klient

pexels-photo-159991-large

Dość dużo firm powstaje po to, żeby spełniać marzenia swoich właścicieli. Gdzieś tam w trakcie gonienia za swoim szczęściem można zgubić fakt, że to klient jest najważniejszy. Mam niesamowite szczęście, że mnóstwo swoich klientek poznaję osobiście. Wiem, jakie mają potrzeby, gdzie pracują, w jakich innych miejscach kupują ubrania, co jeszcze chciałyby mieć w swojej szafie. Gratuluję im ślubów, przeprowadzek i zmiany pracy. Życzę udanych urlopów, zapraszam na oglądanie tkanin do sklepu, nawet jeśli nie planują nic kupić, a nawet bywa, że szyję dla nich na miarę na odległość (czym doprowadzam swoją krawcową do zawału, ale jest cudowna, więc daje radę).

Nie wyobrażam sobie, jak miałabym prowadzić sklep, w którym nie wiedziałabym nic o swoich klientkach. To jest najważniejszy element całej układanki, a utrzymanie obsługi klienta na najwyższym poziomie nie tylko jest moim priorytetem, lecz także sprawia mi ogromną przyjemność.

Zlecaj zadania

Na początku istnienia działalności oczywiście warto wszystko robić samemu, bo tak jest najtaniej. Ale bycie Zosią Samosią na dłuższą metę spowoduje, że Twój biznes stanie w miejscu.

Wiem, ja też sama wszystko robię najlepiej. Ale to jest naprawdę najprostszy sposób na zatrzymanie swojej firmy na wczesnym etapie rozwoju. Warto się zastanowić, co zajmuje nam najwięcej czasu, czy faktycznie musimy robić to sami oraz ile kosztowałoby zatrudnienie kogoś do tego zadania. W ten sposób możemy zyskać sporo wolnych godzin, w trakcie których jesteśmy w stanie pracować nad rozwojem firmy, co ostatecznie wygeneruje znacznie większe zyski, niż kosztowało zlecenie tego zadania.

Intuicja to złoto

pudelko

Żeby była jasność: jestem człowiekiem tabelką, linijką, notatnikiem i taskiem na Asanie. Muszę mieć wszystko zaplanowane, rozpisane i przemyślane. Na szczęście nie przeszkadza mi to czasem posłuchać intuicji.

Trochę śmieszne jest to, że intuicja „odwiedza” mnie najczęściej w nocy. W związku z tym potrafię się obudzić o czwartej nad ranem z myślą: „Nie produkuj tej sukienki, dopracuj jeszcze konstrukcję ramienia, ramię leży źle, pokaż to komuś jutro, nie produkuj tej sukienki”. I po przebudzeniu faktycznie okazuje się, że mam rację.

Największy hit sprzedażowy w moim sklepie, czyli niebieską sukienkę z cool wool, zamówiłam dosłownie w ostatniej chwili. Na początku wydawało mi się, że skoro mam już w sklepie granatową, to niebieska się nie sprzeda. Ale coś mnie jednak tknęło i – naprawdę mocno ryzykując – zamówiłam niebieską wełnę. Co się okazało? Obie sukienki przez dwa lata sprzedały się w ogromnych ilościach.

Otaczaj się ludźmi, którzy też mają swoje firmy

To było dla mnie dość trudne do zrealizowania, ponieważ większość moich znajomych to ludzie pracujący na etatach albo będący blogerami. Oczywiście blogowanie to również w niektórych przypadkach działalność gospodarcza, jednak znacznie różni się od biznesu, w którym trzeba inwestować, zatowarować się, zlecać produkcję i zatrudniać ludzi. Dlatego korzystam w zasadzie z każdej możliwej okazji networkingu z osobami, które są na swoim. Czasami są to konferencje branżowe, ale równie dobrze może to być wieczorny event, na którym spotyka się osoby na różny sposób związane z biznesem. Cenna jest dla mnie twarda i konkretna wiedza, ale również słuchanie opinii osób, które mają własne marki nie od dwóch, ale od dwudziestu lat. Bywa, że z takich luźnych rozmów można wyłapać więcej wiedzy i inspiracji niż z niejednej prelekcji. Jednak najważniejsze to być otwartym na nowe znajomości oraz otaczać się ludźmi, którzy robią podobne rzeczy.

Jeśli ktoś nie chce czegoś poprawić – nie pracuj z nim

Ten punkt jest dość wąski, bo dotyczy tylko i wyłącznie firm, które zajmują się wytwarzaniem czegoś. Obecnie jest to bardzo duży problem w branży mody, ponieważ dosłownie każdy ma markę odzieżową. Wszyscy coś szyją, więc kolejki do szwalni w Polsce są gigantyczne. Można iść do hurtowni, kupić tkaninę, zrobić konstrukcję, odszyć i sprzedawać. Niska jakość jest bardzo prosta i szybka do wytworzenia. Szwalnie uwielbiają szyć rzeczy byle jak, bo nie muszą się przepracowywać. Wymagasz lepszej jakości? Nie podoba się? Że niby my źle odszyliśmy? A idź pani gdzieś indziej! True story. Moje bluzki z wiskozy nie powstały do tej pory, ponieważ cztery razy dostałam paskudnie odszyty prototypy. Już dosłownie ręce mi opadły od tłumaczenia szwalni, jak chciałabym, żeby to było zszyte.

Radzę prędko nauczyć się, jak najszybciej wyłapywać takich podwykonawców, i od razu uciekać od nich jak najdalej, ponieważ przy produkcji są zawsze problemy i non stop trzeba coś poprawiać. Dlaczego? Piszę o tym w kolejnym punkcie.

Zarządzanie marką (modową) to wieczne zarządzanie kryzysem

moda

Byłam ostatnio na szkoleniu, które prowadziła Karolina Gadzimska. Warsztaty dotyczyły zarządzania marką modową, czyli czegoś, co znam na wylot, ale ponieważ Karolina przed założeniem własnej firmy pracowała w La Manii, bardzo chciałam podsłuchać, jak to wygląda u Joanny Przetakiewicz.

To był miód na moje uszy. Tytuł tego podpunktu jest cytatem z Karoliny. Zanotowałam dokładnie: „Zarządzanie marką modową to wieczne zarządzanie kryzysem”. Uff, czyli nie tylko u mnie jest problem na problemie. Tak mówiła Karolina i to potwierdzam ja. Sytuacja kryzysowa w firmie, która zajmuje się produkcją czegoś, co zależy od podwykonawców (czyli ktoś nam szyje sukienki, a nie my to robimy, sprzedajesz kalendarze, ale drukuje Ci je drukarnia), to norma. Nie da się upilnować wszystkich. Cały czas są błędy, opóźnienia, pomyłki. Ciągle trzeba rzucać wszystko i gasić jakiś pożar. Wiecznie trzeba kombinować, rozdwajać się, wróżyć z kart i przewidywać ewentualne problemy. To jest prostu stan permanentny. A jeśli nic się nie popsuło – nie wolno się cieszyć, bo to oznacza, że zaraz popsuje się wszystko naraz. Taka praca.

Pytaj innych o zdanie, ale decyzje podejmuj samodzielnie

Kiedy ponad dwa lata temu powiedziałam pewnej koleżance, że zamierzam sprzedawać idealne czarne sukienki, zrobiła tak krzywą minę, jakbym właśnie rozsmarowała jej czosnek na twarzy. „Co to w ogóle jest za pomysł?”, „Ale jak to, własna firma, po co?”, „Yyy, i kto to będzie kupował?”.

Gdybym wtedy posłuchała swoich znajomych, to albo bym tej firmy nie otworzyła, albo zrobiłabym to kilka lat później. Zdania były podzielone. 40% było przekonane, że to głupi pomysł. Kolejne 40% uważało, że to bez sensu i lepiej jeszcze poczekać. Tylko 20% mojego otoczenia mi kibicowało. Oczywiście byli to moi najbliżsi przyjaciele, ale nie ukrywam, że pytałam też o zdanie dalszych znajomych. Prawdę mówiąc, nie mam im tego za złe, bo lubię sobie i ludziom coś udowadniać, więc spięłam się z pracą też trochę im na złość. A mówiąc poważnie: uważam, że warto pytać ludzi o zdanie. Ale jeszcze bardziej warto słuchać ich argumentacji, bo to naprawdę w większości sprowadza się do wodolejstwa. Ostateczne decyzje trzeba podejmować samemu, bo na koniec dnia i tak właściciel zostaje ze swoją firmą sam.

 

To tyle ode mnie. Tak jak wpisałam we wstępie: wiem, że część z Was myśli o założeniu własnej działalności, więc mam nadzieję, że ten tekst będzie przydatny. Jeśli już macie swoją firmę, podzielcie się w komentarzach pod notką tym, jak to wyglądało u Was.

Co do notek o własnym biznesie: ciągle przede mną jest tekst, który Wam obiecałam, czyli o podejmowaniu decyzji na temat tego, czy zwolnić się z pracy na etacie i przejść na swoje. Próbuję go napisać, ale wciąż wydaje mi się, że za mało konkretnie przedstawiam ten temat. Naprawdę niedługo go dopracuję i będziecie mogli przeczytać!

PS. Dajcie znać, czy jesteście też zainteresowani tekstem o tym, co zrobić kiedy ktoś w bezczelny sposób kopiuje wasze biznesowe pomysły. Mogę opisać na przykładzie, heh.

 

 

 

  • ka

    pobawię się przez moment w twoją intuicję, która budzi cię olśnieniami o czwartej nad ranem: za każdym razem jak zastanawiasz się czy napisać tekst o czymś (tak jak ten o kopiowaniu twoich pomysłów) – nie zastanawiaj się i pisz, jak tylko znajdziesz na to chwilę. jestem pewnie gdzieś w dziesiątym rzędzie grupy osób, które tylko czekają na to, co wychodzi spod twoich palców na klawiaturze, a za mną jeszcze dzikie tłumy. monika, dla tekstów takich jak ten jestem wierna blogosferze i przede wszystkim w niej szukam tekstów mądrych i motywujących. a ten już zapisany w folderze „to, do czego warto wracać”!

  • KarMagKat

    Kontynuuj ten temat, proszę! Ja akurat działam w zupełnie innej branży, ale tak jak pisałaś, w pewnych kwestiach zakładanie i prowadzenie firmy jest zbieżne dla większości. Co do kopiowania biznesowych pomysłów – uważam, że to ważna kwestia i większość osób nie wie jakie ma prawa jako twórca. Generalnie prawo autorskie nie jest takie łatwe i oczywiste jakby się wydawało. W architekturze to jest w ogóle kosmos, bo tak na prawdę każda przeróbka budynku bez zgody projektanta jest złamaniem prawa – ale któż się tym przejmuje? Dodatkowo sama miałam mały epizod z łamaniem prawa autorskiego w sposób nieświadomy. Na szczęście wystarczyło przeprosić i usunąć pewien produkt z oferty. Ale mimo to byłam wtedy niesamowicie zażenowana tą sytuacją. Pozdrawiam!

  • Natnat

    Dziękuję za ten wpis! :) Obecnie sama jestem na etapie zakładania byznesu (choć w branży z zupełnie innego bieguna). Bardzo lubię tę serię biznesową — uważam, że te teksty są naprawdę konkretne, merytoryczne i dopracowane. Proszę o więcej :)
    Co do wpisu o podkradaniu pomysłów – bardzo chętnie przeczytam coś na ten temat. Słyszałam już różne opinie (począwszy od tego, że pomysłem nie należy się dzielić, właśnie ze strachu przed kradzieżą rynku/pomysłu/klientów, a skończywszy na tym, że warto i trzeba się dzielić, bo nawet jak ktoś zrobi coś podobnego, to i tak będzie to inne, nie mówiąc w ogóle o tym, że mało prawdopodobne, że to zrobi, bo od pomysłu do realizacji z sukcesem droga daleka).
    Pozdrawiam — logopedia WUM (FOJ 4 life!) :)

    • Może pora na cykl: „Biznesy, które otworzyły absolwentki logopedii”? :D

  • Ach, to stąd Twoja nazwa bloga! :D Nie wiem, czy wspominałaś o tym wcześniej – znalazłam tego bloga kilka miesięcy temu i niestety jeszcze nie trafiłam na wyjaśnienie.
    Bardzo czekam na Twój kolejny wpis o porzucaniu pracy na etacie! Sama bardzo mocno o tym myślę (co na pewno się stanie), ale ciągle ważę wszystkie za i przeciw, żeby nie podjąć tej decyzji w złym momencie i nie zrobić sobie gorzej. ;) Ale z drugiej strony – sytuacja bez pracy to moment jakby kryzysowy i na pewno obudziłby uśpione pokłady desperacji, kreatywności i ogromnej motywacji do pracy. :D
    Jak to było u Ciebie? Jeśli gdzieś już o tym pisałaś, ucieszyłabym się nawet z linku odnoszącego do odpowiedniego wpisu.
    Pozdrawiam i życzę super tygodnia!

  • Cieszę się <3

  • Niestety muszę się zgodzić z tym, że w branży modowej non stop zarządza się kryzysem, kolejki do szwalni są długie, a jakość wykonania słaba – na szczęście są osoby, którym „ok” nie wystarcza – być może, jak zleceniodawcy nie będą przyjmować źle odszytych rzeczy to szwalnie w końcu nauczą się ich słuchać i szyć porządnie – klienci nie są głupi i raz niezadowoleni nie będą chcieli wracać.

    Gratuluję drugiej rocznicy i życzę dalszych sukcesów :)

  • Dopiero zaczynam z własną firmą, ale wiele z tych punktów potwierdzam. A szczególnie o intuicji…Miałam jedną kolekcję wymyśloną właściwie jeszcze przed założeniem firmy, ale przez kilka nocy nie mogłam spać, coś mnie męczyło, zaczęłam rozważać za i przeciw, aż stwierdziłam, że muszę wziąć się za inny projekt. Od razu dostałam wiatru w skrzydła/żagle, czy co tam innego. Czuję, że to jest to, aż mąż stwierdził, że najważniejsze to robić w danym momencie to, do czego jesteśmy przekonani na 100%. Uff…
    Faktycznie, co rusz to jakiś kryzys. Albo kryzysik. Jest fajnie. Czekam na kolejne wpisy! :)

  • Bardzo dobrze napisane, mógłbym pod wieloma akapitami przybić piątkę, chociaż mam firmę z zupełnie innej branży i o rok starszą (w październiku obchodzi 3. urodziny). Własna firma to ciężki kawał chleba, zarwane weekendy, zatory płatnicze, ciągła próba rozdwojenia się i setki wyzwań. Ja zawsze śmieję się, że też przerobiłem tę historię „wyszedł z korpo w pogoni za marzeniami” i teraz pracuję dwa razy więcej, a czasami wypłaty nie dostaję na czas albo nawet wcale ;) ale i tak uważam, ze własna firma to cudowna sprawa i ogrom możliwości

  • MagdaMi

    Nie mam i nie planuję własnego biznesu ale wpis przeczytałam jednym tchem. Świetnie napisany i mądry, a większość rad/spostrzeżeń sprawdza się również w etatowym życiu ;)

  • W mojej branży (duża budowlanka) też kryzys na kryzysie i w sumie ciężko mi często zaplanować sobie dzień. Przy czym mnie to nie kręci, już we wtorek czuję się zmęczona tygodniem i powoli pracuję nad tym, żeby za kilka lat płynnie zamknąć firmę w tej branży i skupić się na innej, dużo spokojniejszej.

    Koniecznie napisz o tym kompiowaniu pomysłów! Jestem bardzo ciekawa, jak sobie z tym poradziłaś.

  • Trafiłem tu przypadkiem, super tekst, idealnie wstrzelił się w moje położenie na ten czas czy tam moment i jestem ciekaw innych tekstów biznesowych. Jeśli będą one pod kątem biznesu ciuchowo-modowego – tym lepiej ! :) Będę tu wracał :)

  • Bardzo merytoryczny wpis. Dziękuję Ci za niego, bo właśnie takiej dawki wiedzy od kogoś z doświadczeniem potrzebowałam.

  • Patryk Foryszewski

    Wpis bardzo treściwy trafia w sedno. Prowadząc własną firmę nie pracujesz jedynie gdy śpisz a z tym tez różnie bywa choć trzeba dawać sobie luz bo spada wydajność a ciągłe przemęczenie zwyczajnie źle wpływa na mózg. Brak zleceń nie oznacza odpoczynku. Bynajmniej. Wtedy zaczyna się główkowanie nad pozyskaniem klienta. Jak trafić, co jeszcze zrobić,czy poprawić widoczność w internecie, ulotki itd, co wiąże sie z kolejnymi wydatkami, ryzykiem i stratami. Pamiętam jak przeczytałem jakiś wywiad z Maleńczukiem w którym powiedział, że w jego czasach mężczyzną można było stać się na dwa sposoby : iść do wojska albo trafić do więzienia. Osobiście dodaję do tego – albo założyć firmę. Mnie firma nauczyła przede wszystkim: asertywności, braku sentymentów i mówienia wprost dokładnie tego co myślę. Umiejętność stawiania spraw jasno jest bardzo ważna. Otaczanie się ludźmi prowadzącymi firmę to cenna sugestia choć trudna w realizacji. Po kilku latach prowadzenia zupełnie zmienia się tok myślenia i podejście do życia i prowadzenie rozmowy z kimś kto nie ma podobnego bagażu doświadczeń prowadzi często do nieporozumień. Najważniejsze to nie poddawać się. Po błędach do celu.

  • ojej, ileż porad od kuchni. jak kiedyś będę zakładała własny biznes albo po prostu rozpoczynała poważne życie, to wrócę do Twojego artykułu :D na pewno na początku ciężko byłoby mi się uwolnić od sentymentów albo nie dać omotać jakimś partaczom…

  • Super, że piszesz o tym jak wygląda prowadzenie firmy. Sama czasami zastanawiam się nad założeniem własnej firmy gdzieś w odległej przyszłości więc ten tekst wiele mi uświadomił. Dziękuję. :)

  • Paweł Aubrecht

    Działamy w kompletnie innych dziedzinach biznesu, ale to co opisujesz i w jaki sposób ma ogromną wartość dla mnie.
    Bez słodzenia, po prostu proszę o więcej i obiecuję, że będę czytał.

  • lenka

    u mnie bylo podobnie, gdy zaczynalam na swoim, a wlasciwie pre-start wszyscy mieli dla mnie duzo dobrych rad i pomysl na to co ja powinnam robic ,a w konsekwencji z wszystkim zostalam sama.
    Na poczatku trudno mi bylo podjac decyzje o tym aby „robic” cos samemu, dzis z perspektywy 1,5 roku nie zaluje podjetej decyzji. Inspiracja dla mnie byla przeczytana ksiazka i zlota mysl z niej wyciagnieta. I nie powiem nic odkrywczego jak to ze do odwaznych i pracowitych swiat nalezy. Musisz wiedziec co chcesz ,kiedy chcesz to osiagnac i jak do tego dojsc. Odwagi dla nieodwaznych

  • Moniko, dzień dobry po raz pierwszy, ale nie ostatni ;) Z ciekawością zabrałam się do czytania Twojego wpisu, bo sama raptem dwa dni temu miałam rocznicę – roczek prowadzenia własnej działalności. Sprzedaję zaprojektowane przez siebie pocztówki, więc pojęcie zarządzania kryzysem też nie jest mi obce :D Znalezienie odpowiedniej drukarni i dogranie warunków wydruku tak, by pocztówki były naprawdę świetne, zajęło mi dobre pół roku i kilka nieudanych wydruków próbnych. Ale warto było :)
    Chętnie też poczytam o rzucaniu etatu, choć sama na razie trzymam się etatowej pracy grafika. Zostawia to diabelnie mało czasu na ogarnianie własnej działalności, ale za to daje trochę funduszy na nią ;)

    Ach, jeśli chodzi o lekcje przedsiębiorczości, jakie miałam w liceum, to generalnie śmiech na sali :D Nijak się to nie miało do rzeczywistości i wcale nie ma tu znaczenia, że tamte lekcje były 10 lat temu. Pewne kwestie są uniwersalne i moja szkoła (jak i większość, podejrzewam) kompletnie sobie z tym nie poradziła.

    • O rany, ale masz fajną firmę – właśnie siedzę na Twojej stronie!
      Sama muszę wydrukować większe zamówienie takich liścików, które wkładam do paczek z ubraniami i aż mi się słabo robi na samą myśl o kontakcie z drukarniami :(

      • Dziękuję <3

        Trzymam kciuki za pozytywne wyniki rozmów z drukarniami! Jeśli nie zamierzasz pisać na tych liścikach, tylko wrzucać do zamówień gotowe, to nie powinnaś mieć zbyt wiele problemów, zwykły "wizytówkowy" papier się nada :) U mnie najgorzej było znaleźć papier, po którym da się pisać piórem bez rozmazywania…
        Ale gdybyś potrzebowała pomocy z drukarnią, to odezwij się na maila, mogę coś więcej podpowiedzieć :)

  • Pingback: Pytania, na które musisz odpowiedzieć, zanim rzucisz etat i zaczniesz pracować jeszcze więcej | BLACK DRESSES – blog lifestylowy()

  • Pingback: Moje pierwsze 7 prac - #myfirst7jobs()

Pizzeria da Michele, Neapol – jak smakuje najsłynniejsza pizza świata?

Listopad 2, 2017

Nie wiem, jakim cudem się od tego nie roztyłam, ale mam świadków, którzy potwierdzą, że na studiach potrafiłam w tej samej restauracji zjeść pizzę jednego dnia wieczorem, a następnego na śniadanie. Co więcej, powtarzałam tę czynność kilka razy w tygodniu, wprawiając tym samym kelnerów w osłupienie. Cóż, być może prawdziwa jest moja teoria, że prawidłowo przygotowana pizza tak naprawdę nie jest bardzo tucząca. Inna sprawa, że ja zawsze jadłam margheritę z oliwą peperoncino. Nie da się ukryć, że to najlżejsza pizza, a ostra przyprawa dodatkowo podkręca metabolizm. Jednak dietetykiem nie jestem, to mądrzyć się nie będę. W każdym razie jedno jest pewne: od zawsze kochałam jeść.

Nie tylko pizzę. Po prostu jeść. Kiedyś nie umiałam tego nazwać, ale przeczytanie, a później obejrzenie Jedz, módl się, kochaj pomogło mi uświadomić sobie, że jedzenie jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem. To jest jak podróżowanie – z tą różnicą, że czasem wystarczy skoczyć trzy ulice dalej, żeby doznać kulinarnego orgazmu. Napisałam „jak podróżowanie”? Może jednak powinnam użyć innego określenia… Tak czy siak, odkrywanie nowych smaków, testowanie potraw, delektowanie się każdym kęsem – to wszystko potrafi wywołać u mnie naprawdę magiczne emocje. Szczytem ekstazy jest oczywiście kuchnia włoska. Nie wiem, jak to się stało, że do tej pory byłam już około dwudziestu razy w kraju pizzy i makaronów, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze do Neapolu. Kilka dni temu w końcu udało mi się spełnić swoje największe kulinarne marzenie i zjeść w Pizzeria da Michele, czyli w tym słynnym miejscu, w którym Julia Roberts weszła w najważniejszy związek swojego życia.


I wcale jej się nie dziwię. Ale od początku, bo dostanie się do da Michele wcale nie jest takie łatwe. Na zdjęciach niżej widzicie typową kolejkę, która stoi przed wejściem w porze lunchu. Ja byłam tam pod koniec października, więc nawet nie chcę się zastanawiać, co musi dziać się w lipcu, kiedy jest więcej turystów.

Na początku trzeba się przedostać do środka i znaleźć kogoś z obsługi, kto mówi po angielsku. Następnie poprosić o papierowy numerek i wyjść na zewnątrz odstać swoje. Ja zostałam poinformowana, że mój czas oczekiwania wyniesie około 40 minut. W praktyce było to blisko 1,5 godziny. Można też zamówić pizzę na wynos (wydaje mi się, że to trwa krócej), ale bardzo chciałam zjeść w środku, więc czekałam.

Po wejściu kelner wskazał mi stolik. Nie dostałam menu, ponieważ jest ono wywieszone na ścianach. Z jakiego powodu? Jest ultrakrótkie. Tutaj nie dostaniecie pizzy z ananasem, brokułami, pieczarkami, szynką, boczkiem, jajkiem, cukinią i sosem czosnkowym. Są po prostu dwa rodzaje pizzy: margherita i marinara. Pierwsza to ciasto, sos pomidorowy i mozzarella. Druga to ciasto i sam sos. Koniec. Dziwne? Jakość nie potrzebuje dodatków. Porsche nie obkleja się naklejkami. Do minimalistycznej sukienki nie nakłada się… Okay, miało być o pizzy.

Kocham włoską kuchnię za prostotę. Mało składników, ale obłędna jakość. Cienkie ciasto, pachnące pomidory, najlepszy ser. Naprawdę nie potrzeba nic innego, żeby stworzyć danie, które zjecie w trzy sekundy. Pizza w da Michele jest oczywiście neapolitańska, czyli taka trochę pływająca. W 2009 r. została zastrzeżona przez Komisję Europejską jako wyrób tradycyjny i od tamtej pory można wyrabiać ją tylko według ściśle określonej receptury; możecie ją szczegółowo zgłębić we wniosku o rejestrację.

A jak smakuje? Jak herbata z miodem i cytryną w mroźny dzień, jak pierogi w Wigilię, jak pierwsze w sezonie truskawki, jak jagody prosto z lasu, jak arbuz w największy upał i trochę też jak tort urodzinowy, który idzie w biust.

Gwarantuję, że gdy skończysz jedną, to będziesz chciała zamówić drugą na deser. Zrób to. Nie pożałujesz!

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.