„Belfer” – dobry serial z fatalnym finałem

Listopad 28, 2016

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź Belfra na profilu facebookowym Magdaleny Cieleckiej, byłam zdziwiona. Zastanawiałam się, z jakiego powodu aktorka wrzuca informację o tym, że Canal+ powtarza serial z lat 90.

Rozwiązanie tej zagadki było proste. Nabrałam się na zdjęcie Cieleckiej. Ta kobieta się nie starzeje. Patrząc na jej zdjęcie z planu Belfra, byłam pewna, że serial nakręcono minimum 15 lat temu. Chcę mieć jej geny! Pamiętam jednak, że w jakimś wywiadzie czytałam, iż burgera je zawsze bez bułki, więc to chyba u mnie nie przejdzie. Nawet jeśli burger będzie wege.

Ale wracając do tematu: Belfer jest serialem z 2016 roku. Został nakręcony na podstawie scenariusza Moniki Powalisz i Jakuba Żulczyka. Pewnie wielu się narażę, pisząc to, ale proza Żulczyka nie jest w moim stylu. Maciej Stuhr grający główną rolę też nie należy do grona aktorów, na których widok piszczę.

Mimo wszystko – czego się nie robi dla Cieleckiej! Kilka innych nazwisk (Popławska, Dąbrowska, Pawłowski) również przyciągnęło mnie przed ekran. Nie bez znaczenia była też fabuła. Seriale kryminalne to zaraz po szpiegowskich mój ulubiony gatunek. Tytułowy belfer przybywa nagle do małej miejscowości i zaczyna angażować się w szukanie mordercy jednej z uczennic. Biorę whisky i mam wieczór gotowy.

Trzy pierwsze odcinki naprawdę mnie wciągnęły. Motyw okazał się ciekawy, historia poprowadzona w nieoczywisty sposób, a wątki poboczne starannie zaplanowane i równie interesujące jak główne morderstwo. Coś zaczęło zgrzytać przy czwartym odcinku. Albo reżyser przysnął, albo scenarzyści za bardzo popłynęli. Niektóre motywy – [UWAGA, SPOILERY] pobicia w parku, bezinteresownej pomocy kobiety w klubie i kilka innych [KONIEC SPOILERÓW] – w ogóle nie kleiły się w całość. Nie były też z żadnej strony wiarygodne.

Na szczęście w kolejnym odcinku wszystko wróciło do normy. W zasadzie nie da się przyczepić do żadnego szczegółu – poza tym (i zauważyłam to nie tylko ja, czyli psychofanka aktorki), że z fabuły całkowicie niespodziewanie zniknęła Cielecka. Tak jakby ktoś zapomniał, że ona też tam gra, a przede wszystkim, że mieszka w swoim domu. Reszta była na mocną czwórkę z plusem. Przed odcinkiem finałowym połowa moich znajomych (oraz Robert Lewandowski) zastanawiała się, kto zabił Asię Walewską. Bez wątpienia Belfer okazał się jednym z lepszych (miano najlepszego ma na zawsze Ekipa Agnieszki Holland) polskich seriali. Trzymał tempo, a do dziewiątego odcinka w zasadzie nie dało się na 100% podejrzewać o morderstwo nikogo. Jeśli coś podejrzewaliśmy, to źle.

A potem przyszedł czas na finałowy odcinek… I bardzo mi przykro, ale on pogrzebał cały serial. Rozwiązanie zagadki okazało się przegadane i nieciekawe. A przede wszystkim nie do końca rozwiązane, bo [UWAGA, SPOILERY] tak naprawdę nadal nie wiemy, co się stało z Walewską po odejściu od ogniska. Mocno nielogiczny wydaje mi się też fakt, że przez tak długi czas nikt nie wpadł na to, żeby zdjąć odciski palców z pasów wiszących na drzewie. Nie rozumiem również, dlaczego tak bardzo zakochany w Asi Molenda nie szukał jej mordercy, a wręcz starał się zatuszować sprawę [KONIEC SPOILERÓW].

Może czepiam się szczegółów (w Homeland też potrafię wskazać nieścisłości) albo z pozycji widza wydaje mi się, że wiele rzeczy można było odkryć wcześniej. Mimo wszystko czekam na drugi sezon, a Tobie polecam zobaczyć pierwszy, bo to naprawdę przyjemny sposób na spędzenie jesiennych wieczorów.

Teraz natomiast przeżywam kolejne cierpienia, czyli montaż drugiego sezonu Paktu. Oczy mnie bolą od tego naturalizmu. I prawdę mówiąc: nie pamiętam, czy tak było też w pierwszym sezonie. Możliwe, że zdążyłam to już zapomnieć, a teraz nie jestem w stanie przyzwyczaić się od nowa.

Mam też jednak dobre wieści – bez żadnego marudzenia. Przecudowny jest nowy serial Netflixa pt. The Crown traktujący o życiu królowej Elżbiety II. Podziwiam suknie, wnętrza, dbałość o detale i odwzorowanie postaci. Cud, miód i orzeszki!

Tak, mam w domu nowy, olbrzymi telewizor. Jestem stracona dla świata aż do maja.

 

 

 

  • Nie zgadzam się z krytycznym osądem końcowego odcinka, rozwiązanie było logiczne, podobnie z niewiarygodnością wymienionych tu scen – co w nich niewiarygodnego?

    • Przecież napisałam we wpisie.

      • May

        Niestety nieścisłości wynikają tylko z braku uwagi podczas oglądania serialu. Przecież odciski z pasów od razu zdjęli jak tylko je naleźli na polecenie Belfra, po odejściu z ogniska doskonale wiemy co się stało, w kilku odcinkach było pokazane jak błąka się przez las i umiera na skutek krwotoku wewnętrznego. Przyczynę też pokazano, było to kopnięcie jej w brzuch i bicie pałką. Molenda natomiast, co chyba jasne, wcale jej nie kochał, ulżyło mu, że Asia nie żyje, przecież chciała urodzić jego dziecko, czy to nie komplikowało mu życia?
        Dla mnie największą zaletą tego serialu jest to, że to z czym autorka tego tekstu miała problem. Nie wszytko jest podane na tacy, co się stało z Asią czy wątek Ojca Molendy są pokazane w taki sposób, że widz ma możliwość samemu się domyślić co się wydarzyło. Nie ma potrzeby mówienia wszystkiego wprost, tak samo jak w finale kiedy klasa powiedziała, że wszystko wiedzą, ale ile wiedzą? Tylko że doniosła? Czy też jakie o miało konsekwencje i o Leszku? Czułam się potraktowana jak widz inteligentny, który sam również ma okazję prowadzić swoje śledztwo, za co bardzo dziękuję autorem serialu, oby takich więcej ;)
        Mam nadzieję, że autorka tekstu nie potraktuje mojej wypowiedzi jako krytykującej jej opinię. Z powodu ogromnego zachwytu nad serialem poczułam potrzebę obronienia go, gdy o przeczytałam mało pochlebną opinię.
        Pozdrawiam :)

  • Osobiście jestem usatysfakcjonowana finałem. Spodobał mi się sam zamysł rozwiązania zagadki – odpowiedź na pytanie kto zabił w zasadzie poznaliśmy już wcześniej, a najciekawszym elementem było to, kto do tego doprowadził.
    Jednak faktycznie, kilka rzeczy po drodze umknęło twórcom. Też się od jakiegoś czasu zastanawiałam co się nagle stało z panią Molendą…
    Zapowiedź drugiego sezonu z Wrocławiem w tle cieszy mnie niezmiernie :)

  • Zadam bardzo głupie pytanie…gdzie mogę go obejrzeć online?

  • aleksandrasowinska

    Mnie się finał bardzo podobał, przede wszystkim SPOILER z wyjaśnieniem tego dziwacznego samobójstwa Lesława. Podoba mi się też, że Ewelina okazała się umoczona w zabójstwo. Julkę podejrzewałam już wcześniej, więc nie było to dla mnie zaskoczenie. A Asia zginęła od ciosu w brzuch (jeśli dobrze pamiętam, pękł jej jakiś narząd wewnętrzny, chyba śledziona), po odejściu od ogniska. Formalnie winny więc był ten, który ją uderzył, Shrek i Kijana. KONIEC SPOILERÓW Ogólnie wszystko na plus, świetnie zagrane, inteligentnie rozegrana fabuła. Ja jestem zachwycona i nie mogę się doczekać drugiego sezonu.

  • Marta Klara Wojciechowska

    dla mnie bardzo zły serial – większosc wątków przerysowana, wiele sytuacji niewiarygodnych, a dzialania bohaterów słabo umotywowane psychologicznie. Zbiór oklepanych klisz ;< Również nie przepadam za twórczością Żulczyka. Aktorstwo Stuhra mnie nie porywa zupełnie, ale to tak ogólnie – w każdym filmie (może 33 sceny z życia ok). Za to opening bardzo na plus dla mnie!

  • Nam (mnie i mojej córce) też się bardzo podobał. I serial i zakończenie. Od filmów nie oczekuję dosłowności. I jeżeli cokolwiek nam nie pasował (córka jest w wieku bohaterek filmu) to ich rozbuchane życie seksualne młodzieży z liceum, i to nie z maturalnej klasy :). Ale – jak zostało napisane – nie o dosłowność chodzi.
    Natomiast Pakt …. o rany…. Jak widzę, że On znowu z ponurą twarzą jedzie samochodem … Oczyma duszy widzę wtedy jak oni to kręcili. Za jednym zamachem wszystkie samochodowe przejażdżki.
    Ale jako wierna fanka kryminalnych ponurych seriali – jestem w stanie przetrwać nawet to :)

    • Nie chodzi mi o dosłowność, ale o brak logiki.

      • Tego też nie oczekuję, lubię gdy film mnie wciągnie mimo swoich niedociągnięć.

  • Pingback: „Belfer” – dobry serial z fatalnym finałem()

  • Wreszcie skończyłam sezon i mogę skomentować ;) Ja mam odwrotne odczucia, bo serial momentami strasznie mnie irytował (za dużo gangsterskich wątków i mordobicia), ale odcinek finałowy był super. [SPOILER] Te pasy były w zupełnie innym miejscu w lesie i policja tam nie trafiła, dlatego nie pobrano stamtąd odcisków palców. Asia po pobiciu poszła przed siebie i w pewnym momencie po prostu usiadła pod drzewem w zupełnie innym miejscu i tam zmarła z powodu obrażeń wewnętrznych. [KONIEC SPOILERÓW]
    Znikanie Cieleckiej faktycznie dziwne i słabe, też liczyłam na jej większą obecność w tym serialu.

Dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskie?

Październik 9, 2017

Ten temat chodzi za mną naprawdę od wielu lat. Już jako konsumentka, jeszcze przed założeniem swojej marki modowej, zauważyłam pewną prawidłowość. Powiedzmy sobie, że szłam do znanej sieciówki typu TERA lub M&M. W sklepie znajdował się dział męski oraz dział damski. Na dziale męskim można było dostać wełniane swetry i bawełniane koszule. Na damskim odpowiednikiem była akrylowa narzutka i poliestrowa bluzka. Z narzutki wystawały nitki, natomiast szwy w bluzce były krzywe.

Żeby było śmieszniej, kilka lat później, kiedy już produkowałam swoje koszule, miałam bardzo duży problem ze szwalnią, która szyła zarówno męskie, jak i damskie modele. Nie dało się ukryć, że damskie odszywali w gorszej jakości. Nawet jeśli dałam im dobrą tkaninę, to zawsze gdzieś były niedokładnie wszyte guziki albo krzywe szwy wewnętrzne. Z męskimi nie było tego problemu. W efekcie musiałam zmienić szwalnię.

Gorsza jakość

Nazwijmy rzeczy po imieniu. Damskie ubrania są bardzo często szyte z gorszych tkanin oraz z mniejszą dbałością o szczegóły niż ubrania męskie. Dlaczego?

Domyślam się, że jesteś tym faktem oburzona. Ja też. Powodem, dla którego założyłam własną markę, był fakt, że w żadnym sklepie nie mogłam dostać eleganckiej sukienki uszytej z naturalnej tkaniny. Pewnej zimy szukałam małej czarnej z naturalnego materiału, a wszędzie był tylko poliester. Naprawdę byłam w każdym sklepie w Warszawie. Ekspedientki wręcz się ze mnie śmiały. „Nigdzie pani nie znajdzie takich sukienek” – powtarzały jedna za drugą.

Musisz wziąć pod uwagę, że na tym blogu mamy pewną enklawę. Ty wymagasz jakości i wiesz, czym ta jakość jest. Ale konsumentki w całej Polsce – a raczej na całym świecie (ponieważ słynne zdjęcie z metką „wool” i aż 8% wełny w składzie zrobiłam w Barcelonie) – już niekoniecznie. I dla tych niekoniecznie wymagających, masowych klientek produkuje się masowo ubrania, które spotykamy w większości centrów handlowych.

Masowa klientka jest tu słowem kluczem, ponieważ to ona decyduje o tym, co i jak się szyje. Żadną tajemnicą biznesu nie jest bowiem to, że produkuje się to, co się sprzedaje i czego wymaga klient.

Masowa klientka

Odpowiedź na pytanie, dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskiej, należy więc zacząć od pytania: „Jaka jest masowa klientka?”.

Dla masowej klientki robienie zakupów to hobby, cardio i sposób na spotkanie z przyjaciółkami. Niekiedy kilka razy w tygodniu. Najpierw ogląda rzeczy online, później przymierza w  sklepie, następnie kupuje, przymierza w domu, połowę wymienia na coś innego, a tydzień później… znowu idzie do sklepu, kupuje, przymierza wymienia, kupuje, przymierza, kupuje itd. Tak spędza znaczną część wolnego czasu.

Żeby to wszystko miało sens, z tych zakupów trzeba jednak wracać z jakimiś zdobyczami. A jak wracać z czymś nowym z każdych albo prawie każdych zakupów? Trzeba kupować rzeczy tanie. A jak się produkuje rzeczy tanie? Byle jak i z byle czego. I kółko się zamyka. Moda na minimalizm ma się świetnie na Instagramie. W prawdziwym życiu nadal większość masowych konsumentek pragnie mieć bardzo dużo ubrań. To jest taka samonapędzająca się karuzela.

Nie chcę nikogo oceniać, każdy robi z pieniędzmi i czasem to, co chce. Po prostu staram się wytłumaczyć, skąd ta niska jakość. A traktowanie zakupów jako cotygodniowego zajęcia jest jednym z powodów. Żeby masowa konsumentka mogła kupować dużo, to ubrania muszą być tanie, nawet bardzo tanie. A takie mogą powstać tylko z kiepskich tkanin oraz muszą być źle zszyte.

Idąc dalej: skoro typowa konsumentka kupuje dużo, to znaczy, że nie chodzi w tych ubraniach często, bo ma ich tak wiele, że jej jedna bluzka może żyć dwa–trzy prania. To nawet lepiej. Zniszczyła się? Można znów iść na zakupy! Można? Raczej trzeba!

Bariera cenowa

W tym samym czasie masowy mężczyzna robi wszystko, żeby na te zakupy jak najczęściej nie chodzić. Woli więc raz zapłacić kilka tysięcy za dobry garnitur, niż szukać nowego co kilka miesięcy. Dla mężczyzn bardziej opłaca się produkować lepszej jakości ubrania, które będą kosztowały odpowiednio więcej, ale również dłużej posłużą.

I tu dochodzimy do kolejnego powodu niższej jakości. Otóż masowa konsumentka z trudem (albo wcale) przekracza barierę cenową. Taka klientka może wydać w jednym miesiącu pięć razy 100 zł na pięć różnych sukienek, ale nie wyda za jednym razem 500 zł. Ja wiem, że mnóstwo kobiet w internecie deklaruje, że woli oszczędzić i kupić jedną rzecz dobrej jakości niż więcej, ale słabej. Jednak deklaracje w sieci i decyzje przy kasie zakupowej to naprawdę dwie totalnie różne rzeczy. Deklaruje się to, co jest modne, a robi się to, co się chce. Zwłaszcza kiedy nikt nie widzi.

Całą tę spiralę nakręca dodatkowo fakt, że większość gwiazd, celebrytek oraz influencerek nie pokazuje się dwa razy w tym samym. Albo robią to tak rzadko, że kiedy księżnej Kate zdarzy się raz na trzy lata założyć na dwie okazję tę samą sukienkę, to zaraz pojawiają się o tym artykuły na wszystkich stronach plotkarskich. A umysł masowej klientki działa na zasadzie naśladownictwa. Nawet nie chcecie wiedzieć, ile razy usłyszałam od kobiet, że nie można pójść na dwa wesela w tym samym. Bo co rodzina powie?

Trendy

Ostatni element, na który chciałam zwrócić uwagę, to ekstremalnie szybko zmieniające się trendy w modzie damskiej. W lipcu pastele, w sierpniu paski, we wrześniu krata. Jeśli masowa klientka dąży do tego, żeby cały czas wyglądać modnie, to musi kupować mnóstwo nowych ubrań, a żeby nie zbankrutowała, to te ubrania muszą być tanie. A jak się produkuje tanie ubrania? Odpowiedź na to pytanie już  znacie.

To naprawdę jest gigantyczne błędne koło, z którego szybko się nie wyplączemy. Misją mojej marki (Monika Kamińska) jest walka z bylejakością, która nas zalewa, ale to wcale nie jest proste. Nie zmienię nagle na całym świecie podejścia kobieta do robienia zakupów. W modzie damskiej nie ma czegoś takiego jak granatowy garnitur w modzie męskiej. Pewnie myślicie, że odpowiednikiem jest mała czarna, ale to nieprawda. Granatowe garnitury mogą być dwa: jednorzędowy i dwurzędowy. Już naprawdę w porywach cztery: z wełny zimowej oraz z letniej, chociaż da się oczywiście kupić jeden z całorocznej. A jak jest z małą czarną? Może być na cienkich ramiączkach, na grubych, z krótkim rękawem, z rękawem do łokcia, z rękawem ¾, z długim rękawem, z rękawem dzwonkowatym, do połowy uda, przed kolano, do połowy kolana, za kolano, do połowy łydki, do kostki, do ziemi, ołówkowa, z ¼ koła, z ½ koła, z pełnego koła, wykończona koronką, z dekoltem V, z dekoltem U, z dekoltem w łódkę, z dekoltem na plecach… Możliwości jest tyle, że naprawdę bloga by mi nie starczyło, żeby wszystkie wymienić.

Napędzanie sprzedaży

Sieciówkom po prostu nie opłaca się produkować dla kobiet ubrań, które są dobrej jakości. Sieciówki muszą napędzać sprzedaż, więc iść w ilość, a nie w jakość. Sukienka, która nie niszczy się (!) po jednym sezonie, nie jest dobrym rozwiązaniem biznesowym. I mówię to jako osoba, która takie (czyli nieniszczące się po jednym sezonie) sukienki sprzedaje. Mam świadomość tego, że więcej zarobiłabym, gdybym drastycznie obniżyła jakość. Jeśli obserwujesz uważnie moją markę, to możesz zauważyć, że czasem przez sześć lub więcej miesięcy nie wprowadzamy żadnego nowego modelu sukienek do sprzedaży ready-to-wear. Tak jest w tym momencie. Robimy to świadomie, ponieważ nie zależy nam na szybkiej modzie. Wiosną i latem było dużo nowych sukienek, ale jesienią stawiamy na akcesoria (możesz je kupić tutaj), szyjemy garnitur dwurzędowy w kratkę księcia Walii oraz niesamowicie ciepłe płaszcze z grubej, angielskiej wełny. Ale to są ubrania, których nie trzeba wymieniać co miesiąc. Wolę zainwestować w tkaninę, konstrukcję i szwalnię niż w 72 920 byle jakich produktów. Robię to kosztem tego, że nigdy nie osiągnę takiej skali sprzedaży jak sieciówki. A musisz wiedzieć, że naprawdę  duże pieniądze w modzie robi się na ilości, a nie na jakości. Brutalna rzeczywistość biznesu.

Wyjście z sytuacji?

Cóż, mam nadzieję, że trochę rozjaśniłam temat. Generalnie najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji jest uważne czytanie metek wewnętrznych ze składem, oglądanie szwów i dotykanie jak największej ilości ubrań. W pewnym momencie wyrobisz sobie takie wyczucie, że pocić będziesz się już od samego dotykania poliestru. A jeśli przy okazji uświadomisz koleżankę, czym się różni naturalna tkanina od sztucznej, to może za kilka(-naście) lat uda nam się zmienić rynek.

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.