A w zasadzie to co u mnie słychać?

Marzec 23, 2017

Chciałam opublikować notkę o tym, co warto robić wiosną, ale uznałam, że to już milion razy wszędzie było. Siedziałam więc przed otwartym wpisem w WordPressie i poczułam nagle chęć napisania takiego zwykłego tekstu – bez żadnej myśli przewodniej. Kiedy szesnaście (sic!) lat temu zakładałam pierwszego bloga, blogosfera właśnie na tym polegała. Na pisaniu o tym, co u mnie. I chociaż to dopiero profesjonalizacja internetowych pamiętniczków dokonała rewolucyjnej zmiany w moim życiu, to jednak przelewałam myśli na klawiaturę długo wcześniej. I na chwilę chciałabym do tej konwencji wrócić.

Mamy 23 marca 2017 r.

Jestem potwornie szczęśliwa. Tak, wiem, że „potwornie” i „szczęśliwa” do siebie nie pasują, ale Jeremi Przybora zawsze mówił, że coś mu się strasznie podoba – więc ja mogę być potwornie szczęśliwa.

W moim wymarzonym butiku trwa remont. Obecnie wybieramy krzesła i przyznam, że nie sądziłam, że to takie trudne. Mam nadzieję, że znajdziemy coś ciekawego. Szczególnie że kupiliśmy już genialne szklanki, tak więc krzesła nie mogą być gorsze. Szukam też czarnych, matowych filiżanek. Może widziałaś gdzieś ładne?

Co najważniejsze, myślałam, że dojazd z mieszkania do butiku będzie zajmował mi dużo czasu, ale okazało się, że w sumie nie jest tak tragicznie. To dobrze, bo naprawdę nienawidzę marnować czasu na dojazdy.

W weekend miałam całkiem udaną sesję zdjęciową nowych ubrań, zatem niedługo zobaczysz pięć nowych sukienek, a chwilę później dwie spódnice. Cały czas rozwijamy też moje małe dziecko, czyli projekt szycia limitowanych serii, które dostępne są tylko stacjonarnie. To coś pomiędzy szyciem na miarę a ready-to-wear. Ubrania są unikalne, a jednocześnie w przystępnej cenie. W marcu trochę zaszaleliśmy, bo uszyliśmy na przykład czerwone spódnice, które w ostrym słońcu łapią pomarańczowy odcień. Niesamowicie dodają energii.

A poza sklepem? W zasadzie im więcej mam pracy, tym więcej mam czasu dla siebie, a raczej: tym więcej staram się robić w wolnych chwilach.

Przede wszystkim wciągam jak pizzę książki Remigiusza Mroza. Jego „Wotum nieufności” ma zakończenie, którego na pewno zazdroszczą mu scenarzyści „House of Cards”. Nie przesadzam.

Poza tym oglądam bardzo dużo seriali. Wszystko dlatego, że nadal mam przed telewizorem postawiony orbitrek. Chociaż wszyscy wróżyli mi klęskę, to ćwiczę na nim regularnie. Aktualnie robię to, oglądając brytyjski kryminał psychologiczny pt. „Luther”. Szału nie ma, ale jest całkiem przyjemnie – i przede wszystkim ma wartką akcję, więc nadaje się do treningu. Na dniach będę musiała wrócić do biegania, bo choć faktycznie nie przytyłam przez całą zimę, a nawet schudłam w talii, to chyba mi się za bardzo mięśnie rozrosły na udach. Ewentualnie jest to wina tego, że teraz mieszkam na czwartym piętrze ekstremalnie wysokiej kamienicy, można więc liczyć jak za ósme. Bez windy oczywiście. Panowie z Ezakupów Tesco mnie nienawidzą, kiedy zamawiam zgrzewki wody mineralnej.

Uwaga, teraz będzie śmiesznie. Od stycznia chodzę również na zajęcia… tańca na szpilkach. Taaaaak, dobrze przeczytałaś. Zgrabne poruszanie się nigdy nie było moją zaletą, dlatego postanowiłyśmy się z koleżanką ogarnąć i zapisałyśmy na tzw. high heels. Niestety, ćwiczenie na każdych zajęciach nowej choreografii chyba nie jest do końca tym, o co nam chodziło. Szukamy więc czegoś innego – ostatnio chodzi nam po głowie balet dla dorosłych. Ponoć uczą też od podstaw takie sieroty ruchowe jak ja. Jeszcze nie jestem przekonana, więc jeśli słyszałaś o jakichś ciekawych zajęciach, które nie są czymś typowym jak salsa, a jednocześnie uczą ładniej się poruszać, to daj znać.

Przedwczoraj zgłupiałam na punkcie piosenki „Hard to Be a Woman” śpiewanej przez połowę jednego z moich ulubionych zespołów, czyli The Pierces. Słucham tego non stop. A ponieważ mamy wiosnę, to również śpiewam. Mam nadzieję, że sąsiedzi mnie nie słyszą. Nie to, żeby mi jakoś tragicznie szło, ale – biorąc pod uwagę częstotliwość – mogą uznać, że coś jest ze mną nie tak.

W ogóle słucham ostatnio bardzo dużo muzyki, co nie jest takie oczywiste, ponieważ w zasadzie można by powiedzieć, że przez ostatnie kilka lat jej unikałam. Jeśli chciałam czegoś lub kogoś posłuchać, to szłam na koncert. W każdym innym wypadku wybierałam ciszę. Nie wiem z jakiego powodu, ale dźwięki mnie denerwowały. Kiedy byłam na studiach, to nie wyjmowałam słuchawek z uszu i nie potrafiłam przejść pięciu metrów bez odsłuchania jakiejś piosenki oraz wyobrażania sobie, że biorę udział w teledysku. Potem chyba się zmęczyłam, a teraz czuję, że znów jestem na scenie i śpiewam dla publiczności. Taki tam płodozmian.

Poza tym jest mi zwyczajnie dobrze ze wszystkim. Ze sobą, z pogodą, z ludźmi, którzy mnie otaczają, i z tym, co robię. Mam nadzieję, że ta wiosna będzie cudowna, a po niej przyjdzie jeszcze lepsze lato. Nie mam wobec najbliższego pół roku żadnych konkretnych planów i oczekiwań. Wiem, że po otwarciu butiku pewnie nie odpocznę, ale jakoś niespecjalne mi to przeszkadza. Ciepłe dni zawsze są dla mnie okresem spontanicznych decyzji i chwil do zapamiętania na całe życie. I wierzę, że tak samo będzie w tym roku.

To tyle u mnie. A co słychać u Ciebie?

 

baner-poziomy

 

  • Jola Bujas

    To trochę szalony pomysł, ale chyba takie lubisz – polecam zapisanie się na taniec historyczny, zwłaszcza barokowy. 400 lat temu tańczyli wszyscy wysoko urodzeni, od wczesnego dzieciństwa, właśnie po to, żeby ćwiczyć dobrą postawę i właściwe poruszanie się! A przy okazji – wbrew stereotypom naprawdę można się tym zmęczyć :D

    • O nie, chyba to nie dla mnie, ja jednak wolę współczesne rzeczy.

      • Ruda

        Może jestem nudna, ale czemu nie …. tango argentyńskie? Po pierwsze: uczy naturalnej postawy, po drugie – eleganckiego, ale pewnego kroku, po trzecie – na zajęciach techniki dla pań: utrzymania równowagi i płynności ruchów. Tak mniej więcej.

        • To jak każdy taniec mniej więcej. Chyba szukam czegoś poza klasycznymi zajęciami, bo mam jakieś urazy sprzed lat do zajęć tanecznych.

  • :))) Pamiętaj, że w życiu wszystko wychodzi na zero i pomyśl o tym ile szczęścia przed Tobą!

  • Nie wyrabiam na zakrętach! Sama sobie to wszystko wzięłam na głowę, czasem marudzę, ale przecież wiem, że bez tego nie potrafię żyć. Przede mną pierwszy przewodnicki sezon w terenie. Myślałam, że nigdy nie pójdę z grupą na szlak, że to nie dla mnie, że się nie nadaję. A potem uświadomiłam sobie, że można inaczej. W lecie lecę na trekking do Laponii, nawiązałam współpracę z firmą organizującą wyjazdy pod hasłem „technologicznego detoksu” i planujemy wspólną ofertę, a jutro jedziemy dziewczyńską ekipą w góry i mam poczucie, że babskie eskapady w nieco wiedźmowym stylu to własnie to, co chciałabym robić. Wszystkiego dobrego z okazji wiosny! :)

    • Wow <3 Laponia, czekam na dużo zdjęć!!!

  • Zapraszam <3

  • PannaPollyannaa

    Jejku! Jak ja tęskniłam za takim normalnym wpisem do przeczytania!!!! Dziękuję, że pozwoliłaś mi zajrzeć do swojego świata :)

  • takitammotyl

    Piękny wpis, przyjemnie się czytało. I taki pozytywny powiew, fajnie poczytać jak ktoś pisze że jest szczęśliwy, super. Pozdrawiam !

  • Dokładnie tak! Bardzo przyjemnie się czyta o tym, że ktoś otwarcie potrafi mówić, że jest szczęśliwy. Trzymam kciuki i życzę powodzenia z butikiem i by takie wybory, jak choćby odpowiednie krzesło, były trafione :)

  • od stycznia mam grzywkę, nie wiem czy w ramach wiosennych porządków ja podciąc czy zapuszczać :) poza tym wymyśliłam przepis na naleśniki z serka wiejskiego, czekam z niecierpliwością na słońce i rozkoszuję się (jeszcze!) nie zniszczoną bazylią na paparecie. Caluski!

Tkaniny wełniane – zobacz produkcję od kulis

Maj 15, 2017

Do czegoś Ci się przyznam. Dość szybko zaakceptowałam fakt, że tkaniny wełniane nie należą do tanich. Wiadomo, za jakość trzeba odpowiednio zapłacić. Mimo wszystko niektóre ceny potrafiły czasami zaskoczyć nawet mnie. Na przykład metr wikunii (najdelikatniejszej wełny na świecie, którą mamy dostępną u nas w butiku w szyciu na miarę) kosztuje około 10 000 zł. Gdybyś miała ochotę na wersję z jedwabiem, to ceny zaczynają się od 13 000 zł za metr. Wikunia to jednak temat na inny wpis. Dziś zajmiemy się standardowymi tkaninami wełnianymi, których ceny na początku również mogą wydawać się wysokie (400–600 zł za metr).

Wszystko staje się bardziej logiczne, kiedy na własne oczy zobaczy się, jak wieloetapowym procesem jest przygotowanie tkaniny – od rozpoczęcia jej tkania do momentu, w którym staje się gotowa do szycia.

Dzisiaj zabieram Cię w podróż po tych etapach. Jeśli jesteś ciekawa, jakim cudem z szorstkiej wełny powstaje cudownie miękka tkanina, to zapraszam Cię do Anglii, a dokładniej do Huddersfield. Byłam tam jakiś czas temu i w kilku różnych fabrykach obserwowałam proces produkcji tkanin. Wycieczka zajęła mi cały dzień; powiedzieć, że fabryki były ogromne, to tak naprawdę jak nie powiedzieć nic. Były o l b r z y m i e. Zatrudniały gigantyczną ilość osób oraz były wyposażone w tak wielką ilość zaawansowanych technologicznie (oraz ekstremalnie drogich) maszyn, że w zasadzie biznes w Huddersfield ma 100% gwarancji, że w Wielkiej Brytanii nie będzie miał nigdy konkurencji.

Aha, ale skąd Huddersfield? Niespodzianka! Wełna lubi wodę (ale nie tę w Twojej pralce), a to miasto jest bardzo deszczowe i wilgotne. Dodatkowo woda jest bardzo miękka. Dlatego to właśnie w tamtym rejonie Anglii (podobnie jak w Bielli we Włoszech) najlepiej produkuje się tkaniny. Za chwilę wyjaśnię dlaczego.

Zacznijmy od początku. Pierwszym etapem produkcji tkaniny jest oczywiście jej tkanie.

Lubisz tkaniny we wzory? To wyobraź sobie, że aby je utkać, widoczny na zdjęciu wyżej rozkład nitek sprawdzany jest przez 12 (!) osób specjalnie zatrudnionych tylko do tego. Tu nie może być mowy o zmęczeniu, pomyłce, złym spojrzeniu albo chwilowym rozkojarzeniu, bo wtedy maszyna – zamiast pięknej kraty księcia Walii – utka jakieś dziwne zygzaki.

Jak widać, prawidłowe ułożenie przędzy nie jest wcale takie łatwe. Podziwiam ludzi, którzy muszą wykazać się taką precyzją w pracy.

Po tkaniu dochodzimy do etapu prania. Naprawdę nie próbuj tego sama, bo maszyna do prania widoczna na zdjęciu powyżej nie może się równać pralkom, które mamy w domu. W każdym razie świeżo utkana tkanina wełniana jest mało przyjemna w dotyku i dość sztywna. Z tego powodu później jest wielokrotnie wypierana w wodzie i mydle. Ten zabieg ma nadać tkaninie odpowiedniej miękkości.

Boję się, że skoro napisałam o tym mydle, to zaraz ktoś go użyje i zniszczy swoją sukienkę. Powiem tak: ja bardzo często drobne zabrudzenia zapieram przy pomocy ręcznika, wody i podstawowego mydła (czyli bez żadnych bajeranckich dodatków). Robię to jednak na własną odpowiedzialność i zdaję sobie sprawę z tego, że mogę w ten sposób zniszczyć tkaninę. Oficjalnie nie wolno tego robić.

Wyprana tkanina przewożona jest do kolejnej firmy, a w niej poddawana jest wielu zaawansowanym procesom technologicznym. Nazywa się to finiszowaniem (wykańczanie) tkanin. Wtłacza się w nią parę, wielokrotnie prasuje, impregnuje itp. To tutaj tak naprawdę odbywają się te wszystkie magiczne sztuczki, dzięki którym Ty przychodzisz do mojego sklepu i jesteś zdziwiona, że wełna jest aż tak gładka i przyjemna w dotyku. Zobacz, jak to wygląda z bliska.

Po długotrwałym i skomplikowanym procesie finiszowania tkanina jest przewożona do magazynu. Niby nic nadzwyczajnego, ale wyobraźcie sobie, że na tym zdjęciu jest jakieś 245 kuponów tkanin w odcieniu ciemnego granatu. Trzeba znaleźć belkę, odciąć odpowiednią liczbę centymetrów i wysłać do klienta. Najlepiej tego samego dnia, którego klient złożył zamówienie. Znów wymagana jest ogromna precyzja, bo wzory są do siebie podobne i bardzo łatwo o pomyłkę.

Nie jest to proste, ale warto. Zawsze powtarzam, że tkaniny wełniane charakteryzuje jakość. Teraz mam na to niepodważalny dowód. Spójrz na poniższe zdjęcie. To próbnik tkanin, który ma ponad sto lat. Widzisz, co się stało z papierem, a co z tkaniną? To mówi samo za siebie.

A przy okazji mamy dowód na to, że ponadczasowość niektórych wzorów jest naprawdę nie do przebicia.

To jak, na lato wybierasz dla siebie coś zielonego czy różowego? Zapraszam do skorzystania z usługi szycia na miarę – mamy mnóstwo tkanin z Huddersfield!

 

baner-poziomy

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 #mondaymood #newhair #blueshirt #pierwszeselfieidroku  #leaf #nature #inspo
 #lilac #instaflowers #flowers #flowersgram #springinspired #springmood  Uwielbiam taka pogodę ☀  ⛱ @monikakaminska_official dress #ootd #wooldress #summerwool #fabrics #luxuryfabrics #minimalstreetstyle #minimalstyle
 Czuję, że będzie to moje nowe jedzeniowe uzależnienie @coco_bowls_warsaw robi śniadaniowe mistrzostwo świata    #veganfood #vegan #onthewhitetable #onthetable #handsintheframe #instafood #flatlay  Ja wiem, że szczęścia kupić nie można, ale jednak... @benandjerryspl    #benandjerrys #icecream #purehapiness
 #sundaymood #sundaymornng #morningligh #jeffreycampbell #shopbop  #gypsophilla #morningligh #onthetable #onthewhitetable
 W @monikakaminska_official szliśmy w 3 dni suknie ślubną. Postanowiliśmy też trochę przyszłą Pannę Młodą zaskoczyć i zamówiliśmy dla niej ciastka z projektem jej sukienki  #dreamjob #weddingdress #coolwool #luxuryfabrics #bespoketailoring #weddinginspiration  #warsaw #instawarsaw #igerswarsaw #alejeujazdowskie #springmood #springinspired