Wegetariańskie przygody w knajpach ;)

Wrzesień 5, 2012

Wasza dzisiejsza dyskusja o sushi na Facebooku sprowokowała mnie do napisania notki.

Informacja dla osób, które przegapiły wpis na Facebooku:

Byłam bardzo głodna i coś mnie tknęło żeby nie iść do SAMA, ale do knajpy obok. Na Restaurantica ją rekomendowali, więc weszłam, a w środku z kelnerem (wyglądającego na kelnera, który właśnie zwolnił się z Charlotte), odbywałam następujący dialog:

– Dzień dobry, jestem bardzo głodna, proszę mi polecić coś wegetariańskiego.

– To może kalmary?

Moje życie bez mięsa i ryb

Sprawa wygląda tak. Nie jestem mięsa od ponad 10 lat. Głównie z tego powodu, że mi nie smakuje. Wydaje mi się po prostu obślizgłe. Tak samo mam z rybami. Oczywiście jest tam w tym jakiś pierwiastek tego, że biedne zwierzątka i jak mogę wziąć do ust, coś co wcześniej żyło, ale bez przesady. Buty ze skóry noszę. Trudno nosić nieskórzane buty zimą, chyba że ktoś ma czas kupować nowe co dwa tygodnie. Tak, tak wiem, są jeszcze kalosze i inne materiały. Tyle, że w moim niejedzeniu mięsa nie ma żadnej ideologii. Ja go po prostu nie lubię, a po 10 latach to już się odzwyczaiłam.

Nigdy w życiu, w żadnej sposób nie skomentowałam tego, ze ktoś z moich znajomych je mięso. Nigdy nie namawiałam nikogo do przejścia na wegetarianizm, generalnie bardzo jestem daleka od męczenia tym ludzi. Na domówkach nie robię problemów – jem chipsy i kanapki z serem.  Milion razy zjadłam sałatkę grecką, bo poszłam do knajpy, w której było to jedyne wegetariańskie jedzenie, a przecież nie będę ciągać całej grupy znajomych do vege baru. Może kilka razy w kręgu bardzo bliskich znajomych, marudziłam, że nie chcę iść gdzieś tam, bo wolę iść gdzie indziej, ale ustalmy, że większość takich przypadków, to była ukryta próba znalezienia lokalu z pizzą.

Sushi

Przechodząc do suhi. Miałam kiedyś ostrą fazę na sushi i regularnie chodziłam na wegetariańskie. Nigdy nie było z tym problemu. I nie uważam, żeby to było śmieszne, że wchodzę do restauracji z sushi i pytam czy jest jakieś bez ryby. Przecież nie powiem grupie znajomych, która chce iść na sushi, że nie pójdziemy, bo ja jedna na pięć osób nie jem ryby. Po prostu, wchodzę i pytam czy mogą zrobić z awocado.

Inne knajpy

Jednak śmiesznie to jest dopiero w innych knajpach. Na moje stałe pytanie „co mają państwo wegetariańskiego ” uzyskuję dwie odpowiedzi:

1. tuńczyka / łososia

2. sałatkę

Ad1. Szybciej przestawię się na pytanie „co mają państwo bez mięsa i bez ryby?” niż kelnerzy nauczą się, ze wegetariańskie danie to nie jest danie z rybą.

Ad2. Moja lektorka angielskiego też jest wegetarianką. I ma na to jedną odpowiedź. Sałatka to nie  jest jedzenie.

Aż tak ostro bym tego nie potraktowała, ale coś w tym jest. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie WYGŁODZENI do knajpy, a oni proponują Wam dużo sałaty lodowej, trochę innych warzyw i trzy mini (!!!) kromki bagietki. No, nie da się tym najeść. W ogóle to apeluję z tego miejsca o podawanie duuużej ilości dobrego pieczywa do sałatek. To tanie, proste i szybkie rozwiązanie problemu z wegetarianami. Zjemy coś zdrowego, dopchamy się pieczywem i tyle. Przecież nikt nie stołuje się na mieście trzy razy dziennie, żeby nie uzupełnić potem diety w coś innego.

BY the WAY BOTEGAkulinarna

Aaa, wracając do miejsca, w którym jadłam. Jedzenie bardzo dobre. Bruschetta na pysznym pieczywie….ale makaron to dopiero była zabawa. Tak się zakręciłam w te kalmary, że z wrażenia zamówiłam makaron z borowikami…chociaż nie cierpię grzybów :D Był pyszny – może jak dla osoby, która grzyba jadła ostatnio pięć lat temu, to trochę za dużo sosu, ale gnochhi genialne. I nawet mieli takie malutkie musy czekoladowe – świetny deser dla kogoś, kto nie znosi słodyczy, ale jak na wystawce stoi mus czekoladowy, to go zamawia, bo ładnie wygląda. Wielki plus za to, że nie był bardzo słodki. Poza tym przyjemny, niezobowiązujący wystrój i fajna muzyka w tle.

To tyle chciałam powiedzieć. Pointy nie ma, możecie sami dopisac ;)

Pozdrowienia znad kalafiora :)

 

 

 

Dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskie?

Październik 9, 2017

Ten temat chodzi za mną naprawdę od wielu lat. Już jako konsumentka, jeszcze przed założeniem swojej marki modowej, zauważyłam pewną prawidłowość. Powiedzmy sobie, że szłam do znanej sieciówki typu TERA lub M&M. W sklepie znajdował się dział męski oraz dział damski. Na dziale męskim można było dostać wełniane swetry i bawełniane koszule. Na damskim odpowiednikiem była akrylowa narzutka i poliestrowa bluzka. Z narzutki wystawały nitki, natomiast szwy w bluzce były krzywe.

Żeby było śmieszniej, kilka lat później, kiedy już produkowałam swoje koszule, miałam bardzo duży problem ze szwalnią, która szyła zarówno męskie, jak i damskie modele. Nie dało się ukryć, że damskie odszywali w gorszej jakości. Nawet jeśli dałam im dobrą tkaninę, to zawsze gdzieś były niedokładnie wszyte guziki albo krzywe szwy wewnętrzne. Z męskimi nie było tego problemu. W efekcie musiałam zmienić szwalnię.

Gorsza jakość

Nazwijmy rzeczy po imieniu. Damskie ubrania są bardzo często szyte z gorszych tkanin oraz z mniejszą dbałością o szczegóły niż ubrania męskie. Dlaczego?

Domyślam się, że jesteś tym faktem oburzona. Ja też. Powodem, dla którego założyłam własną markę, był fakt, że w żadnym sklepie nie mogłam dostać eleganckiej sukienki uszytej z naturalnej tkaniny. Pewnej zimy szukałam małej czarnej z naturalnego materiału, a wszędzie był tylko poliester. Naprawdę byłam w każdym sklepie w Warszawie. Ekspedientki wręcz się ze mnie śmiały. „Nigdzie pani nie znajdzie takich sukienek” – powtarzały jedna za drugą.

Musisz wziąć pod uwagę, że na tym blogu mamy pewną enklawę. Ty wymagasz jakości i wiesz, czym ta jakość jest. Ale konsumentki w całej Polsce – a raczej na całym świecie (ponieważ słynne zdjęcie z metką „wool” i aż 8% wełny w składzie zrobiłam w Barcelonie) – już niekoniecznie. I dla tych niekoniecznie wymagających, masowych klientek produkuje się masowo ubrania, które spotykamy w większości centrów handlowych.

Masowa klientka jest tu słowem kluczem, ponieważ to ona decyduje o tym, co i jak się szyje. Żadną tajemnicą biznesu nie jest bowiem to, że produkuje się to, co się sprzedaje i czego wymaga klient.

Masowa klientka

Odpowiedź na pytanie, dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskiej, należy więc zacząć od pytania: „Jaka jest masowa klientka?”.

Dla masowej klientki robienie zakupów to hobby, cardio i sposób na spotkanie z przyjaciółkami. Niekiedy kilka razy w tygodniu. Najpierw ogląda rzeczy online, później przymierza w  sklepie, następnie kupuje, przymierza w domu, połowę wymienia na coś innego, a tydzień później… znowu idzie do sklepu, kupuje, przymierza wymienia, kupuje, przymierza, kupuje itd. Tak spędza znaczną część wolnego czasu.

Żeby to wszystko miało sens, z tych zakupów trzeba jednak wracać z jakimiś zdobyczami. A jak wracać z czymś nowym z każdych albo prawie każdych zakupów? Trzeba kupować rzeczy tanie. A jak się produkuje rzeczy tanie? Byle jak i z byle czego. I kółko się zamyka. Moda na minimalizm ma się świetnie na Instagramie. W prawdziwym życiu nadal większość masowych konsumentek pragnie mieć bardzo dużo ubrań. To jest taka samonapędzająca się karuzela.

Nie chcę nikogo oceniać, każdy robi z pieniędzmi i czasem to, co chce. Po prostu staram się wytłumaczyć, skąd ta niska jakość. A traktowanie zakupów jako cotygodniowego zajęcia jest jednym z powodów. Żeby masowa konsumentka mogła kupować dużo, to ubrania muszą być tanie, nawet bardzo tanie. A takie mogą powstać tylko z kiepskich tkanin oraz muszą być źle zszyte.

Idąc dalej: skoro typowa konsumentka kupuje dużo, to znaczy, że nie chodzi w tych ubraniach często, bo ma ich tak wiele, że jej jedna bluzka może żyć dwa–trzy prania. To nawet lepiej. Zniszczyła się? Można znów iść na zakupy! Można? Raczej trzeba!

Bariera cenowa

W tym samym czasie masowy mężczyzna robi wszystko, żeby na te zakupy jak najczęściej nie chodzić. Woli więc raz zapłacić kilka tysięcy za dobry garnitur, niż szukać nowego co kilka miesięcy. Dla mężczyzn bardziej opłaca się produkować lepszej jakości ubrania, które będą kosztowały odpowiednio więcej, ale również dłużej posłużą.

I tu dochodzimy do kolejnego powodu niższej jakości. Otóż masowa konsumentka z trudem (albo wcale) przekracza barierę cenową. Taka klientka może wydać w jednym miesiącu pięć razy 100 zł na pięć różnych sukienek, ale nie wyda za jednym razem 500 zł. Ja wiem, że mnóstwo kobiet w internecie deklaruje, że woli oszczędzić i kupić jedną rzecz dobrej jakości niż więcej, ale słabej. Jednak deklaracje w sieci i decyzje przy kasie zakupowej to naprawdę dwie totalnie różne rzeczy. Deklaruje się to, co jest modne, a robi się to, co się chce. Zwłaszcza kiedy nikt nie widzi.

Całą tę spiralę nakręca dodatkowo fakt, że większość gwiazd, celebrytek oraz influencerek nie pokazuje się dwa razy w tym samym. Albo robią to tak rzadko, że kiedy księżnej Kate zdarzy się raz na trzy lata założyć na dwie okazję tę samą sukienkę, to zaraz pojawiają się o tym artykuły na wszystkich stronach plotkarskich. A umysł masowej klientki działa na zasadzie naśladownictwa. Nawet nie chcecie wiedzieć, ile razy usłyszałam od kobiet, że nie można pójść na dwa wesela w tym samym. Bo co rodzina powie?

Trendy

Ostatni element, na który chciałam zwrócić uwagę, to ekstremalnie szybko zmieniające się trendy w modzie damskiej. W lipcu pastele, w sierpniu paski, we wrześniu krata. Jeśli masowa klientka dąży do tego, żeby cały czas wyglądać modnie, to musi kupować mnóstwo nowych ubrań, a żeby nie zbankrutowała, to te ubrania muszą być tanie. A jak się produkuje tanie ubrania? Odpowiedź na to pytanie już  znacie.

To naprawdę jest gigantyczne błędne koło, z którego szybko się nie wyplączemy. Misją mojej marki (Monika Kamińska) jest walka z bylejakością, która nas zalewa, ale to wcale nie jest proste. Nie zmienię nagle na całym świecie podejścia kobieta do robienia zakupów. W modzie damskiej nie ma czegoś takiego jak granatowy garnitur w modzie męskiej. Pewnie myślicie, że odpowiednikiem jest mała czarna, ale to nieprawda. Granatowe garnitury mogą być dwa: jednorzędowy i dwurzędowy. Już naprawdę w porywach cztery: z wełny zimowej oraz z letniej, chociaż da się oczywiście kupić jeden z całorocznej. A jak jest z małą czarną? Może być na cienkich ramiączkach, na grubych, z krótkim rękawem, z rękawem do łokcia, z rękawem ¾, z długim rękawem, z rękawem dzwonkowatym, do połowy uda, przed kolano, do połowy kolana, za kolano, do połowy łydki, do kostki, do ziemi, ołówkowa, z ¼ koła, z ½ koła, z pełnego koła, wykończona koronką, z dekoltem V, z dekoltem U, z dekoltem w łódkę, z dekoltem na plecach… Możliwości jest tyle, że naprawdę bloga by mi nie starczyło, żeby wszystkie wymienić.

Napędzanie sprzedaży

Sieciówkom po prostu nie opłaca się produkować dla kobiet ubrań, które są dobrej jakości. Sieciówki muszą napędzać sprzedaż, więc iść w ilość, a nie w jakość. Sukienka, która nie niszczy się (!) po jednym sezonie, nie jest dobrym rozwiązaniem biznesowym. I mówię to jako osoba, która takie (czyli nieniszczące się po jednym sezonie) sukienki sprzedaje. Mam świadomość tego, że więcej zarobiłabym, gdybym drastycznie obniżyła jakość. Jeśli obserwujesz uważnie moją markę, to możesz zauważyć, że czasem przez sześć lub więcej miesięcy nie wprowadzamy żadnego nowego modelu sukienek do sprzedaży ready-to-wear. Tak jest w tym momencie. Robimy to świadomie, ponieważ nie zależy nam na szybkiej modzie. Wiosną i latem było dużo nowych sukienek, ale jesienią stawiamy na akcesoria (możesz je kupić tutaj), szyjemy garnitur dwurzędowy w kratkę księcia Walii oraz niesamowicie ciepłe płaszcze z grubej, angielskiej wełny. Ale to są ubrania, których nie trzeba wymieniać co miesiąc. Wolę zainwestować w tkaninę, konstrukcję i szwalnię niż w 72 920 byle jakich produktów. Robię to kosztem tego, że nigdy nie osiągnę takiej skali sprzedaży jak sieciówki. A musisz wiedzieć, że naprawdę  duże pieniądze w modzie robi się na ilości, a nie na jakości. Brutalna rzeczywistość biznesu.

Wyjście z sytuacji?

Cóż, mam nadzieję, że trochę rozjaśniłam temat. Generalnie najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji jest uważne czytanie metek wewnętrznych ze składem, oglądanie szwów i dotykanie jak największej ilości ubrań. W pewnym momencie wyrobisz sobie takie wyczucie, że pocić będziesz się już od samego dotykania poliestru. A jeśli przy okazji uświadomisz koleżankę, czym się różni naturalna tkanina od sztucznej, to może za kilka(-naście) lat uda nam się zmienić rynek.

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.