Pytania, na które musisz odpowiedzieć, zanim rzucisz etat i zaczniesz pracować jeszcze więcej

Październik 4, 2016

Chyba jestem zabójcą ludzkich marzeń. Mówię ludziom, że zakładanie firmy to zły pomysł. Ale ja nie kłamię. W wielu przypadkach to naprawdę nie jest dobre rozwiązanie.

Gdzieś ostatnio przeczytałam komentarz, że chyba warto zaryzykować i założyć działalność, bo gdy będzie się miało nóż na gardle i mało pieniędzy, na pewno pod presją wpadnie się na jakieś genialne rozwiązania.

Rozmawiałam też niedawno z kolegą, który założył działalność, chociaż tak naprawdę nie musiał. Uznał jednak, że tak będzie doroślej, a poza tym się pouczy. W ogóle nie mógł przekalkulować w głowie tego, że dwa lata prowadzenia własnej firmy mijają szybciej, niż stygnie pizza, i że po prostu marnuje niższy ZUS, ucząc się sam nie do końca wiadomo czego.

Jestem straszną przeciwniczką mówienia, że praca na etacie to samo zło. Nie odradzam jej nikomu. W wielu przypadkach to najlepsze wyjście. Ale domyślam się, że jeśli czytasz tę notkę, to nie w Twoim. Pewnie nie jesteś zadowolona ze swojego etatu. Chcesz zmienić pracę na swoją. Tylko trochę się boisz, zastanawiasz, czy to dobry moment oraz jak to wszystko ogarnąć.

Spokojnie. Już tłumaczę. Opowiem na podstawie doświadczenia z zakładania swojej marki httMonika Kamińska.

Od czego mam zacząć?

Zakładam, że pomysł już masz, więc nie będę tutaj pisać frazesów. Zacznij od badania rynku. Tak, wiem, że nie masz na to budżetu. Ja też nie miałam. Włożyłam zatem płaszcz (był grudzień) i wyszłam z domu. W ciągu dwóch dni byłam w każdym możliwym sklepie w Warszawie. Zadawałam sprzedawcom jedno proste pytanie: „Czy dostanę u państwa elegancką sukienkę, ale z naturalnej tkaniny?”. Odpowiedź zawsze była sama: „Naturalne to mamy casualowe z bawełny, a eleganckich to nigdzie pani nie dostanie z naturalnych tkanin”.

Wiedziałam już, że znalazłam lukę na rynku. Zresztą do tej pory nie mam konkurencji. Pojawia się pytanie: skąd wiedziałam, że ludzie będą chcieli kupić to, co im zaproponuję? Świetnie ten problem omawia Tim Ferriss w książce „4-godzinny tydzień pracy”. Pisze na przykład o tym, żeby wyprodukować jeden model, a następnie nie pytać ludzi: „Czy kupiłbyś taki produkt?”, tylko faktycznie spróbować go sprzedać. Konkretnej osobie. Za pieniądze.

Ja to zrobiłam w trochę innej skali, ponieważ wiedziałam, że będę miała darmową reklamę na własnym blogu i będzie mi łatwiej. Jednak nie ruszyłam od razu z marką modową. Wyprodukowałam dwie sukienki. Potem przeszyłam ten sam model w sześciu innych kolorach. A dopiero później rozwijałam się z kolejnymi projektami. Na początku ryzykowałam naprawdę mało.

Czy mój pomysł jest okay?

Kontynuując poprzedni akapit, znów wrócę do Tima Ferrissa. Mówiłam już o tym na kilku konferencjach, w których brałam udział, ale może akurat nie miałaś okazji wysłuchać, a to dość ważne, więc powtórzę. Najprostszym testem na to, czy pomysł jest okay, jest zadanie sobie pytania: „Czy umiem swój biznes opisać jednym zdaniem?”. Większość ludzi, zapytana o to, co sprzedaje, tak naprawdę sama nie wie, a typowa odpowiedź wygląda tak: „Yyy, no ja mam taki sklep z kubeczkami, i to są kubeczki inne od innych kubeczków, bo wiesz… Yyyy one mają ucho z prawej, a nie z lewej strony…”. Super, świetnie, czuję się marketingowo poruszona. Zachęcona do zakupu tego kubka. Wiem, czym różni się on od innych kubków.

Mój pomysł na biznes w jednym zdaniu to: „Klasyczne ubrania z naturalnych tkanin”. Od początku tak było – i to mi bardzo szybko pozwoliło znaleźć miejsce na rynku oraz podkreślić to, co mnie wyróżnia.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o firmie, która kiedyś zupełnie nieprzypadkowo (znając mnie i moją markę) opisała swój sklep na Facebooku: „Eleganckie ubrania z naturalnych materiałów”. Powiem kulturalnie: myślcie samodzielnie. To naprawdę na dłuższą metę jest lepsze.

Skąd wziąć pieniądze?

Z bankomatu. Często mnie ludzie pytają, skąd mam pieniądze. Prawdę mówiąc, jest to dla mnie trochę za duże wchodzenie z butami w czyjś biznes, ale na potrzeby tego tekstu odpowiem. Z pracy. Odłożyłam pieniądze z akcji reklamowych, które przeprowadziłam na blogu. Co, jeśli nie masz bloga? Sprawa się komplikuje, ale nie jest nie do przeskoczenia. Jeśli nie potrafisz przez kilka miesięcy popracować na 1,5 etatu, żeby zarobić na start swojego biznesu, to nie otwieraj biznesu, bo wszystko Cię przerośnie. Szukaj pracy dorywczej, tymczasowej, drugiej. Zrezygnuj na chwilę z wakacji, wyjść do pubu, szalonych zakupów itp. Można uzbierać. Oczywiście opcją jest też szukanie inwestora lub branie kredytu, ale tutaj się nie znam, więc – chociaż to niemodne – się nie wypowiem.

Czy to na pewno dobry moment?

Nigdy nie ma dobrego momentu, ale odkładanie rzeczy na później sprawia jedynie, że zaczynamy robić je później. W każdym razie jeśli w marcu założysz sobie, że ruszysz z własnym biznesem w lipcu, to znaczy, że nawet jeśli zaczniesz pracować dzisiaj, to wystartujesz w październiku. Więc lepiej naprawdę zacznij pracować dzisiaj. W trakcie wychodzi tyle niespodziewanych rzeczy, które zajmują mnóstwo czasu, że i tak wszystko się opóźni. Sporo spraw (badanie rynku, wyceny, dogadanie się z podwykonawcami itp.) da się załatwić bez działalności gospodarczej i – co najważniejsze – bez zwalniania się z pracy na etacie.

Ja miałam taki moment, że przez kilka miesięcy wracałam z pracy zawodowej, jadłam obiad i siadałam pracować dalej. I tak do północy (godzina, o której muszę iść spać). Jeśli chodzi o czas, to naprawdę był to fatalny okres w moim życiu prywatnym i na pewno mogłam poczekać na lepsze ciśnienie, inną porę roku lub układ gwiazd. Tylko że zawsze dzieje się coś, dzięki czemu mamy wymówkę, żeby dalej leżeć. A czasem warto po prostu wstać.

Czy moja wiedza i umiejętności są wystarczające, żebym sobie poradziła?

Krzysiek Gonciarz powiedział kiedyś, że jeśli masz pomysł na książkę, to znak, żebyś ją pisała, bo większość ludzi w ogóle nie ma pomysłu. Pociągnę to dalej. Jeśli masz pomysł na biznes, to znak, żebyś go realizowała, bo naprawdę mało osób wie, co chciałoby robić we własnej firmie. Wiedzą tylko, że chcieliby być na swoim, bo słyszeli, że tak jest fajniej. Naprawdę mnóstwo blogerów mówi mi o tym, że zrobiliby coś, ale nie wiedzą co. Takie szukanie na siłę faktycznie może oznaczać, że nie masz wystarczającej wiedzy i umiejętności, żeby sobie poradzić.

Jeśli masz konkretny pomysł, to znaczy, że nie wziął się on znikąd. Masz jakieś informacje. Brzmi tajemniczo, prawda? Wiesz, czego na rynku brakuje lub co możesz zaoferować w lepszej jakości. Powinnaś brać się do działania, na pewno sobie poradzisz! A jeśli będziesz czuła, że nie, to zawsze możesz napisać do mnie e-mail (kontakt@blackdresses.pl). W notce Czego nauczyło mnie prowadzenie własnego biznesu? pisałam już, że kryzysy to normalna rzecz. Czasem pomaga po prostu usłyszenie od kogoś, że nie tylko u Ciebie zdarzają się problemy. Pisz! Postaram się doradzić.

A co, jeśli mi się nie uda? Czy warto mieć plan B?

Nie wiem, ile teraz zarabiasz. Ja na stanowisku logopedy (po pięciu latach studiów magisterskich i jednej podyplomówce) otrzymywałam 1860 zł netto miesięcznie. Nie oszukujmy się, nawet gdybym przespała jakieś niesamowicie istotne zmiany w logopedii (w co wątpię, patrząc na to, że większość osób nadal uczy metodami, które były popularne w mezozoiku), to bez problemu wyciągnęłabym tę sumę, pracując jako sprzedawca w sklepie. Nawet gdyby to miało być ponad etat, to nie jest niewykonalne. Mimo wszystko to nie był nigdy mój plan B. Z drugiego wykształcenia jestem specjalistą ds. public relations i gdyby coś mi się nie udało, to planowałam właśnie iść w stronę pracy w tym zawodzie. Zawsze mogłabym też bardziej inwestować w bloga, który – nie oszukujmy się – zatrzymał się na pewnym (na szczęście) stabilnym poziomie, ale nie rozwija się, bo więcej energii poświęcam na dopieszczanie swojej marki. Ja się pracy nie boję. Ty też się nie bój.

Warto, żebyś po prostu na chłodno się zastanowiła, jaką masz poduszkę finansową, ile masz czasu na to, żeby Twoja firma stała się rentowna, i co zrobisz, jeśli się nie uda. Magdalena Kostyszyn pisała kiedyś o tym, że czasem, aby utrzymać własną firmę, trzeba iść do pracy na etat. Bywa i tak, że pierwszy biznes nie wypala. Dopiero piąty przynosi prawidłowe zyski. Na pewno nie zalecam trzaskania drzwiami i obsypywania się brokatem podczas ostatniego dnia na etacie. Warto nie palić za sobą mostów, za to mieć jak najwięcej otwartych drzwi.

W którym momencie powinnam rzucić etat?

Jak najpóźniej. Ja rzuciłam etat po ośmiu miesiącach działalności mojej marki. To był moment, w którym wiedziałam już, że pomysł jest dobry i warto rozwijać go dalej. Wszystko potwierdzały słupki sprzedaży. Byłam wtedy w momencie, w którym – żeby rozwinąć markę jeszcze bardziej – potrzebowałam znacznie większej ilości czasu. Myślałam nad tym naprawdę bardzo długo i w zasadzie składałam wypowiedzenie w ostatniej możliwej chwili. W gratisie prawie się popłakałam, bo było mi szkoda, że zostawiam to, czego się przez tyle lat uczyłam i co chciałam zawsze robić. To było trochę dziwne, bo dużo osób zostawia pracę, której nie znosi, żeby w końcu robić to, co chce. Ja zostawiałam pracę, którą lubiłam, żeby robić inną rzecz, którą lubię. I to było idealne 50% na 50%. Truuuuuuudne sprawy. Generalnie polecam rzucanie etatu dopiero w momencie, w którym Twój biznes jest rentowny.

Jak znajdę pierwszych klientów, jeśli nie mam budżetu na reklamę?

Najtrudniejsze pytanie zostawiłam na koniec. Jeśli mam być tak naprawdę szczera, to powinnam odpowiedzieć: nie wiem. Ja pierwszych klientów miałam z bloga. Bardzo dużo pomogli mi znajomi blogerzy, który udostępniali pierwsze informacje o mojej marce. Potem silnie zadziałał marketing poleceń. Po prostu zadowolone klientki mówiły o moich ubraniach swoim koleżankom, siostrom itp.

A co, jeśli nie masz bloga? Pomagałam ostatnio koleżance w uruchomieniu jej sklepu. Od tego czasu minęły już dwa miesiące. Większość ludzi w tym okresie nie sprzedaje nic. Ona robi to od pierwszego tygodnia, a jedna z klientek kupiła u niej już siedem (!) rzeczy. Tym samym pobiła rekord mojego sklepu, bo ja takich wyników w ciągu dwóch pierwszych miesięcy nie osiągnęłam. (Ponieważ miałam dwa produkty w sklepie. Ale i tak jestem zazdrosna!)

Co takiego zrobiła moja koleżanka? Po prostu zorientowała się, w jaki sposób dotrzeć do swojej grupy docelowej. Często można to zrobić za damo, na przykład wyszukując odpowiednie grupy na Facebooku lub chodząc w miejsca, w których można poznać potencjalnych klientów. Warto też mówić o swoim biznesie wszystkim znajomym i znajomym znajomych oraz wychodzić z domu, poznawać jak najwięcej osób i dosłownie każdemu opowiadać (oczywiście z umiarem) o tym, czym się zajmujesz. W ten sposób moja koleżanka na szkoleniu z handlu sprzedała usługi swojej firmy pewnej innej firmie.

Wierzę w to, że ludzie naprawdę lubią sobie pomagać. Jeśli ktoś z moich bliskich znajomych otwiera biznes, to nie widzę powodu, dla którego miałabym mu fakturować obecność jego marki w mojej notce. Piszę za darmo i jeszcze mnie to cieszy, że mogę komuś kibicować. Początki bywają trudne i trzeba szukać różnych rozwiązań, ale warto podchodzić do wszystkiego ze spokojem i wiarą w to, co się robi.

To tyle ode mnie na dziś. Mój kolejny plan na biznesową notkę to: „O czym należy pamiętać, otwierając swój sklep internetowy?”. Dajcie mi znać w komentarzach, czy macie konkretne pytania w związku z tym. Postaram się na wszystkie odpowiedzieć!

 

 

 

  • Uf, dobrze, że jesteś i studzisz zapał! Własny biznes to ciężki kawałek chleba i zwykle się ludziom wydaje, że „na swoim” pracuje się mniej, kiedy jest dokładnie na odwrót. To wielka lekcja pokory, cierpliwości i motywacji, a czasem i znoszenia porażek. Pierwszą firmę założyłam 4 lata temu, kiedy byłam młoda i o jej prowadzeniu nie wiedziałam kompletnie nic. Łatwo można się domyślić, że kokosów z tego nie było i w ostateczności ją zamknęłam, ale bardzo cenię sobie ten okres, bo wiele się nauczyłam i teraz myśląc o „biznesie życia” o wiele łatwiej mi go planować. Po kilku latach na freelansie (i w międzyczasie dg) wróciłam na etat i bardzo mi tam na razie dobrze. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Obecnie doceniam stabilność finansową i możliwość rozkręcania czegoś „na boku”, jeżeli tylko najdzie mnie na to ochota, bez ryzyka, że pójdę z torbami.

    Ciebie podziwiam i mocno Ci kibicuję! Powodzenia w dalszym rozwoju :)

  • KarMagKat

    Moniko, mam jedno pytanie dotyczące własnego biznesu – czy zawsze trzeba zakładać swoją działalność gospodarczą? Czy to zależy od dochodu? Bo w moim przypadku to bardziej sprzedawanie usługi niż produktu jako takiego (dokładniej: chodzi mi o projektowanie a nie prowadzenie sklepu). Do tej pory współpracowałam z firmami na zasadzie umowy zlecenia i tak się rozliczałam. Ale zastanawiam się kiedy jest ten magiczny moment, że własna działalność jest niezbędna. W rozmowach z klientami indywidualnymi to na pewno fajniej wygląda, ale wiadomo że chodzi o ponoszone koszta (chociażby księgowy).
    Ja właśnie największy problem mam z reklamą. W kraju, w którym większość urządza mieszkanie czy buduje dom „po kosztach” i „na przecenach” sprzedanie usługi projektowej na normalnej stawce (no dobra, na polskiej stawce, do normalnych jeszcze u nas daleko) jest bardzo trudne. A przede wszystkim mam problem z wciskaniem ludziom siebie ;) Uwielbiam pracę na swój rachunek, ale nie ukrywam, że w biznesie przydałoby mi sie jakieś wsparcie, np. wspólnik. Za miękka jestem.
    Pozdrawiam!

    • O ile dobrze pamiętam to od 80 tys. dochodu rocznie trzeba mieć DG, ale nie jestem księgową, więc coś mogłam przekręcić.

      • KarMagKat

        Dzięki!

        • Ola

          Nie ma minimalnego obrotu, od którego należy założyć działalność gospodarczą, jest to często powtarzany mit :)

          Działalnością gospodarczą jest zarobkowa działalność wytwórcza, budowlana, handlowa, usługowa oraz poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie kopalin ze złóż, a także działalność zawodowa, wykonywana w sposób zorganizowany i ciągły – co oznacza, że każda działalność zarobkowa jeżeli jest wykonywana w sposób „zorganizowany” i „ciągły” powinna zostać uznana za działalność gospodarczą (nawet jeżeli nie jest zarejestrowana!). Upraszczając – pytanie zatem czy jest to stały, powtarzalny (mniej więcej) / regularny dochód, czy jest to incydentalne i nieregularne wykonywanie usług.

          Nie ma znaczenia, czy sprzedajesz produkt czy usługę (wszyscy znani mi osobiście architekci wnętrz czy projektanci mają pozakładane DG).

          • Racja, odpowiadając miałam na myśli niezorganizowanych blogerów z nie ciągłymi zarobkami ;)

          • Aga EnVadrouille

            A czy myślałyście o wejściu na rynek jako StartUp? Ja w ten sposób rozpoczęłam (szkoła językowa) i po roku takiej pracy nadal jestem zadowolona. Koszty są DUŻO mniejsze niż przy DG, rozliczasz wszystko normalnie, możesz wystawiać faktury. Warto się zorientować! Nie chcę tu robić reklamy, w razie pytań piszcie na priv :) Pozdrawiam i trzymam kciuki!

          • Jakoś nikt mi tego nie doradził, nie wiem dlaczego.

          • KarMagKat

            Dzięki, to wiele wyjaśnia :)

          • iwona

            oczywiście, że tak.
            Jak zarabiasz jakiekolwiek pieniądze, musi to to być na podstawie czegoś – umowa o pracę, o dzieło czy zlecenie lub DG. W skrócie zarabianie pieniędzy ma być legalne i opodatkowane. Jeśli dostajesz kasę za coś, co zrobiłaś a nie jest to nigdzie zarejestrowane – jesteś w szarej strefie.

  • „O czym należy pamiętać, otwierając swój sklep internetowy?”

    Po doświadczeniach z e-commerce powiedziałabym, że o tym, że będzie bolało :D

  • Po półtorej roku czytania blogów biznesowych i po roku prowadzenia działalności w końcu trafiłam na tekst, który nie zachęca do rzucenia etatu :D Bardzo słuszne uwagi, Moniko, dzięki Ci za nie! Sama wciąż siedzę na etacie i nie zamierzam się prędko z niego ruszyć. Po pierwsze – dzięki temu płacę mniejszy ZUS. Po drugie – co miesiąc mam stały dopływ gotówki, czego jeszcze o swoim biznesie nie mogę powiedzieć. Jasne, praca na etat zostawia mniej czasu na zajmowanie się „swoim”, ale jak się człowiek uprze, to ogarnie i to.

    Inna sprawa, że ja mocno zawaliłam pewną kwestię, mianowicie nie przygotowałam się odpowiednio do otwarcia działalności. Ola Budzyńska wciąż powtarza, że „zrobione lepsze od doskonałego”, ale wolałabym tutaj dodać „porządnie zrobione”. Wiele rzeczy, które robiłam przez pierwsze miesiące działalności (chociażby kontakty z drukarniami czy zakładanie sklepu internetowego) spokojnie mogłam, a nawet powinnam była zrobić wcześniej. Dzięki temu nie byłabym te kilka miesięcy w plecy :P

    • Całkowicie się zgadzam z tym, że powinno być porządnie zrobione. Ja w ogóle nie lubię tego myślenia, że nie ważne jak, byle zrobić, bo to moim zdaniem prowadzi do obniżenia jakości.

  • Spadłas mi z nieba z tym wpisem. Tego mi było trzeba. Dziękuję. Czekam z niecierpliwością na ten zapowiadany. Pytań mam dużo ale to raczej na maila :-)

  • aleksandrasowinska

    Bardzo fajny wpis i słuszne uwagi. Ja co prawda nie miałam czego porzucać, bo nie miałam etatu, a jedynie umowę – zlecenie, ale i tak przeszłam na swoje. I też mam klientów poprzez bloga ;)

  • Aga EnVadrouille

    Świetny post! Bardzo rzeczowo i bez mydlenia oczu! Dzięki :)

  • Natalia Fryzowicz

    Bez Twojej pomocy pewnie do dziś nie otworzyłabym tego sklepu. Dziękuję ❤️
    Super tekst! Czekam na następny 😉

    • Ja bez Twojej też bym kiedyś nie przeżyła ;) Puci puci :)

  • Pingback: MORTYCJA POLECA #85 - PRZEGLĄD INTERNETÓW | M O R T Y C J A()

  • Pingback: Blaski i cienie bycia zawodowym blogerem()

Pół roku po otwarciu butiku

Grudzień 28, 2017

Rok temu mniej więcej o tej samej porze w moim mieszkaniu odbywał się bifor przed Blogowigilią (corocznym wigilijnym spotkaniem twórców internetowych). Typowa K(asia) mnie czesała, Janek z Konradem wymieniali informacje branżowe (#trudnesprawy), Roman przygotowywał drinki. Planowałam siedzieć cicho, ale nie dałam rady – musiałam się pochwalić, że w końcu, po wielu miesiącach poszukiwań, udało nam się znaleźć idealny lokal na nasz butik. Wtedy widzieliśmy go tylko raz, dwa dni wcześniej wieczorem. W środku nie działał prąd, więc wszystko musieliśmy oświetlać latarkami w telefonach. Po weekendzie byliśmy umówieni na kolejne oglądanie, tym razem w dzień.

Martwiłam się, że kiedy nastanie jasność, to okaże się, że to jednak nie jest miejsce, którego szukamy.

Dziś dokładnie pamiętam, jak w styczniu 2017 r. chodziliśmy po kamiennej podłodze już wtedy naszego butiku. Czas mija naprawdę ekstremalnie szybko. Rok temu wynajęliśmy nasz wymarzony butik przy Niecałej 7, pół roku temu w końcu udało nam się go otworzyć. Jak przez ten okres zmieniło się moje życie (bo nie ulega wątpliwości, że drastycznie)?

LEKCJE ŻYCIA

Byłam w tym roku na darmowym szkoleniu z zarządzania bezustannym kryzysem w biznesie. Domyślacie się, co mam na myśli. Tylu negatywnych emocji nie miałam w sobie nigdy w życiu i z żalem przyznaję, że bardzo odbiło się to na moim zdrowiu fizycznym i psychicznym. Śmiało mogę powiedzieć, że co nas nie zabije, to doprowadzi nas do nerwicy. Gdy patrzę na ten nasz remont z perspektywy, jasno widzę, że trafiliśmy po prostu na ekstremalnych partaczy, którzy wykorzystali nasz brak znajomości tematu, żeby wcisnąć nam swoje totalnie błędne pomysły, zarobić na nas i zniknąć. Mogłabym tak długo wylewać swoje żale, bo naprawdę boli mnie to, że dałam się tak łatwo nabrać. Napiszę jednak, że właśnie jesteśmy w trakcie kolejnego remontu. Tym razem mniejszego, bo tylko biura. Z innym architektem i inną ekipą budowlaną. I co? ZERO STRESU. Można? Można! Tym samym chciałabym zakomunikować, że nie ma takiego zawodowego bagna, z którego nie da się wyjść. I tego się trzymaj, kiedy trafi Ci się tak kiepski moment w pracy. Zawsze jest szansa ruszyć do przodu.

ORGANIZACJA PRACY

Wraz z przenosinami na Niecałą zmienił nam się czas pracy. Butik jest otwarty od 11:00 do 19:00, co w praktyce oznacza, że pracujemy cały dzień. Ja nadal uparcie trzymam się tego, że praca to praca, a bycie własnym szefem nie oznacza przyzwolenia na codzienne kilkugodzinne lunche. Dużo moich znajomych pracuje do godz. 16:00 i nie rozumie, że nie chcę wyjść z butiku przed 19:00. A prawda jest taka, że często nie wychodzę przed 21:00, bo we własnej firmie non stop jest coś do zrobienia. Oczywiście wiem, że to już niemodne, ale ja od zawsze mam taki styl życia i nie planuję go zmieniać. Kocham to, co robię. Wciąż podtrzymuję, że bez sumiennej i regularnej pracy, zwanej po prostu zapierdalaniem, nie da się osiągać swoich celów. Okay, albo ja swoich bym nie osiągnęła, ponieważ nieustannie wyznaczam sobie kolejne. Co ciekawe, od liceum odgrażałam się, że będę pracować po godzinie 12:00 (ponieważ uwielbiam spaaaaać), i w pewnym sensie mi się udało. Moim największym sukcesem jest to, że nie muszę wstawać o 6:00 rano. Choć mam energię, żeby w piątek o 23:00 zmieniać w butiku ekspozycje, to rano nie próbujcie mnie zmusić – nawet nie tyle do pracy, ile do wyjścia z domu o 8:00. O tej godzinie mogę władać światem jedynie z kanapy. Jestem naprawdę wdzięczna, że udało mi się to poukładać tak, jak zawsze chciałam.

INWESTOWANIE

Wielu osobom wydaje się, że skoro ktoś otwiera butik w środku miasta, to znaczy, że sypia na banknotach i kąpie się w bąbelkach z monet. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że we wrześniu, inwestując w zimową kolekcję, dosłownie wyzerowałam swoje konto. Dlaczego? Otóż, żeby taki lokal na siebie zarobił, to poza całym szeregiem kosztów (pracownicy, lokal, wystrój, opakowania itp.) trzeba przede wszystkim zaopatrzyć się w towar, za który płaci się oczywiście z góry. A nigdy nie ma gwarancji, że uszyjemy coś, co na pewno się sprzeda, i nie utopimy ogromnych sum. Koszty rosną lawinowo. Wełna w ciągu roku drożeje o około 20% (jeśli interesuje Cię tematyka cen ubrań, to więcej na ten temat możesz przeczytać w moim tekście Skąd się bierze cena ubrania), a sytuację pogłębia fakt, że każda osoba, która orientuje się, że mamy butik w tym, a nie innym miejscu, nagle znacznie podnosi swoje stawki. Co gorsze: za wyższą ceną wcale nie idzie lepsza jakość. Po prostu dostajemy wyższą cenę. BO TAK.  To jest jakiś horror i pociesza mnie tylko fakt, że mieszkańcy budynku przy Niecałej mają ten sam problem, więc nie jestem sama. Nie można zadzwonić po hydraulika, bo okazuje się, że za sprawdzenie jednej rury bierze trzykrotnie więcej niż na tej samej ulicy, ale w starym bloku naprzeciwko. W ciągu pół roku musiałam więc nauczyć się inwestować od nowa oraz – co było dla mnie trudniejsze – negocjować lub też rezygnować ze współpracy z pewnymi osobami, które nagle zobaczyły we mnie maszynkę do zarabiania pieniędzy. Krótko mówiąc: często w telefonie myli mi się Facebook z kalkulatorem. Nie przestaję liczyć.

KOLEKCJE

Butik w nowym miejscu oraz publikacje w wielu zagranicznych magazynach modowych pozwoliły złapać mi wiatru w żagle i trochę zaczęłam szaleć. Do kolekcji ready-to-wear postanowiłam wprowadzić te elementy, które wcześniej szyłam sobie na miarę. Szerokie spodnie, dwurzędowe marynarki, minispódniczki oraz w końcu – tkaniny we wzory. Kiedy siedziałam na I piętrze showroomu na Poznańskej, to zdecydowanie przestrzeń mnie ograniczała i trochę negatywnie onieśmielała. Jeśli szyłam coś szalonego, to tylko dla siebie na Pitti. Nowa lokalizacja mnie wzmocniła, sprowadziła też trochę inny typ klientek i pozwoliła mi rozwijać się odważniej. Jara mnie to jak pizza w neapolitańskim piecu, bo po zakupach klientek widzę, że był to strzał w dziesiątkę. Nie dalej jak wczoraj Verona Suit nałożyła pani, która wygląda w tym zestawie lepiej niż ja i kupiła go, chociaż twierdziła, że nie jest fanką szerokich spodni. Ale leżały tak idealnie, że nie miała wyjścia – wzięła je od razu.

PRIORYTETOWANIE

Nie miałam nigdy problemy z zarządzaniem swoją pracą, ale butik wymaga ode mnie jeszcze silniejszego skupienia się i jeszcze szybszego analizowania sytuacji. Czasem w jednej chwili przychodzi nowa dostawa szalików, trzeba dodać garnitur do stanów magazynowych, znaleźć pokrowce na zapleczu, zająć się klientem w butiku, zmienić grafikę w sklepie online i odpisać na e-maile. Delegowanie zadań też się samo nie zrobi, wiele rzeczy trzeba wytłumaczyć. Oczywiście gdzieś w tle dzwoni telefon, w brzuchu burczy, a głowa domaga się kofeiny. Na szczęście uwielbiam taki rozgardiasz, mega mnie to nakręca i dzięki temu pracuję szybciej i efektywniej. Doceniam, że od zawsze robiłam mnóstwo naraz, bo dzięki temu jestem naprawdę wytrenowana w podejmowaniu decyzji, w jakiej kolejności zapanować nad sytuacją. Oczywiście zdarzają się też mniejsze bądź większe kryzysy, ale nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi.

SYTUACJE KRYZYSOWE

Kiedyś na każdy, nawet najmniejszy problem reagowałam płaczem. Dziś jedynie na co drugi. Trochę tu sobie śmieszkuję, ale nie tylko pół roku w butiku, lecz także trzy lata prowadzenia marki nauczyły mnie, że chociażbym stanęła na głowie, to na niektóre rzeczy nie mam wpływu. Bywały czasy, że potrafiło mnie to ekstremalnie załamać. Dziś wiem, że ważniejsze niż lamentowanie jest szybkie reagowanie, znalezienie rozwiązania i przeanalizowanie problemu, tak żeby nie doprowadzić ponownie do takiej sytuacji. Pogodziłam się z tym, że nie da się wszystkiego zrobić idealnie. To nie znaczy, że odpuszczam. Nic z tych rzeczy. Dalej cisnę na 250% normy, ale mniej siebie samobiczuję, jeśli popełnię jakiś błąd. Pomyłki są wpisane w pracę, ale jeśli mam świadomość, że robiłam wszystko rzetelnie, a po prostu przytrafił się pech, to jestem w stanie to przełknąć.

RADOŚĆ

Jeśli spacerujesz Niecałą, to możesz zauważyć, że czasem siedzę sobie za ladą butiku. To mi chyba daje najwięcej radości (poza dotykaniem tkanin…), bo dosłownie i namacalnie pokazuję, że to właśnie jest moje miejsce pracy. A to wcale nie jest takie oczywiste, jak mogłoby Ci się wydawać! Moje życie zmieniło się ekstremalnie szybko. Trzy lata temu pracowałam jako logopeda, chociaż już gdzieś z tyłu głowy czułam, że na pierwszych dwóch sukienkach, które wyprodukowałam, ten projekt się nie skończy. Od samego początku dawał mi podejrzenie dużo radości i sprawiał, że bez problemu mogę pracować, pracować, pracować i wciąż się z tego cieszyć. Cudowne uczucie!

NEVER ENDING STOOOORY

To nie jest tak, że butik się otwiera i już wszystko ma się gotowe raz na zawsze; że wystarczy wpaść w ciągu dnia na godzinkę, zrobić sobie selfie w lustrze i to by było na tyle z pracy. Jest doooooookładnie odwrotnie! Moja mama zawsze mówiła, że gdy już ma się dom, to trzeba się przyzwyczaić do tego, że ZAWSZE jest w nim coś do zrobienia. Z butikiem jest podobnie. Samo przebieranie manekinów i zmiana ekspozycji zajmują naprawdę dużo czasu, a to tylko niewielki procent rzeczy widocznych na zewnątrz. Tu jest tyle rzeczy do zrobienia, że czasami mam ochotę utopić sobie telefon w zupie, żeby przestał dzwonić. Ale później przypominam sobie, że nienawidzę bezczynności, a zupę kocham. Więc jej nie marnuję.

UCZENIE SIĘ

I na sam koniec coś, co będzie towarzyszyć mi do końca życia. Na szczęście. Kiedy pracowałam jako logopeda w szkole, to starsze koleżanki jak mantrę powtarzały mi, że dobry nauczyciel całe życie się uczy. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z właścicielem marki jest tak samo. Gdybym ze swoją wiedzą dotyczącą krawiectwa i biznesu zatrzymała się na tym, czego dowiedziałam się dwa lata temu, to jest więcej niż prawdopodobne, że nadal byłabym dokładnie tam, gdzie dwa lata temu. Wiem, że najgorsze, co może mi się przytrafić, to przeświadczenie o tym, że wiem już wszystko. Na szczęście natura obdarzyła mnie ekstremalnie dociekliwym umysłem, który kwestionuje dużo rzeczy, zadaje mnóstwo pytań oraz z dziką namiętnością zdobywa nową wiedzę. Totalnie nowy dla mnie temat to np. visual merchandising. Jeśli ktoś Ci kiedyś powie, że to po prostu ŁADNE ułożenie towarów w sklepie, to poproś go, żeby równie ładnie popukał się w czoło. Od samego otwarcia gdzieś z tyłu głowy miałam przeczucie, że z VM w naszym butiku coś jest nie tak. Kiedy znalazłam wolną chwilę, żeby ruszyć z tematem, a przy okazji z nieba spadł mi geniusz w tej dziedzinie (Jarek, pozdrawiam!), poczułam się jak dziecko, które od zera uczy się alfabetu. Niesamowicie ekscytujące zajęcie!

Nie będę pisać żadnego podsumowania roku. Chociaż mam poczucie, że może jednak w tym powinnam, to tak naprawdę wolę zabrać się do pracy nad tym, co planuję w 2018 r., niż podsumowywać coś, co już minęło. Napiszę tylko krótko: to był trudny rok, ale zdecydowanie najbardziej ekscytujący w całym moim życiu. A teraz czekam na następne przygody!

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 Poranna dawka inspiracji  #vogueitalia #onthetable #morningroutine #morningcoffee #flatlay #flatlayinspo #vogue #cozymorning #january2018 #gypshophila #whitetable #morning #coffe #coffelovers #coffetime #inspocafe #vogueinspo #coffeaddict #coffeebreak   @sam_edelman shoes Są tak ładne, że aż szkoda je zakładać  @shopbop #samedelman #shopbop #newshoes #shoesaddict
 Na relację z @pitti_uomo_ zapraszam Was na profil @monikakaminska_official #pittiuomo #pitti93 #pitti #pitti93 #pu93 #pittipeople #pittistyle #pittiphotos #redjacket #ootd #redcoat #woolcoat #wooljacket #streetstyle #womaninsuit #pittuwoman #elegantstyle #classy #sartorial #bespoketailoring #bespoke #luxuryfabrics  #monstera  #rondo1 #rondoonz1
 Zaraz znajdziecie się w owsiance  #raspberries #sundaymood #sundaymorning #breakfastinspo #sundaybreakfast #pooridge #winterbreakfast #onthetable #sundaychill #pornfood #healthfood #fruitlovers  Sunday  #sundaymood #valenciatrip #sky #vscotravel
 Prezent ode mnie dla mnie  @seebychloe / @shopbop #shopbop #bag #seebychloe  sun  #valencia #valenciatrip #vscotravel
 Szara wełniana czapka smerfetka @monikakaminska_official #ootd #wool #greywool #winterootd #streetstyle #minimalstreetstyle  Nature is pleased with simplicity #valencia #valenciatrip #vscotravel