Pytania, na które musisz odpowiedzieć, zanim rzucisz etat i zaczniesz pracować jeszcze więcej

Październik 4, 2016

Chyba jestem zabójcą ludzkich marzeń. Mówię ludziom, że zakładanie firmy to zły pomysł. Ale ja nie kłamię. W wielu przypadkach to naprawdę nie jest dobre rozwiązanie.

Gdzieś ostatnio przeczytałam komentarz, że chyba warto zaryzykować i założyć działalność, bo gdy będzie się miało nóż na gardle i mało pieniędzy, na pewno pod presją wpadnie się na jakieś genialne rozwiązania.

Rozmawiałam też niedawno z kolegą, który założył działalność, chociaż tak naprawdę nie musiał. Uznał jednak, że tak będzie doroślej, a poza tym się pouczy. W ogóle nie mógł przekalkulować w głowie tego, że dwa lata prowadzenia własnej firmy mijają szybciej, niż stygnie pizza, i że po prostu marnuje niższy ZUS, ucząc się sam nie do końca wiadomo czego.

Jestem straszną przeciwniczką mówienia, że praca na etacie to samo zło. Nie odradzam jej nikomu. W wielu przypadkach to najlepsze wyjście. Ale domyślam się, że jeśli czytasz tę notkę, to nie w Twoim. Pewnie nie jesteś zadowolona ze swojego etatu. Chcesz zmienić pracę na swoją. Tylko trochę się boisz, zastanawiasz, czy to dobry moment oraz jak to wszystko ogarnąć.

Spokojnie. Już tłumaczę. Opowiem na podstawie doświadczenia z zakładania swojej marki httMonika Kamińska.

Od czego mam zacząć?

Zakładam, że pomysł już masz, więc nie będę tutaj pisać frazesów. Zacznij od badania rynku. Tak, wiem, że nie masz na to budżetu. Ja też nie miałam. Włożyłam zatem płaszcz (był grudzień) i wyszłam z domu. W ciągu dwóch dni byłam w każdym możliwym sklepie w Warszawie. Zadawałam sprzedawcom jedno proste pytanie: „Czy dostanę u państwa elegancką sukienkę, ale z naturalnej tkaniny?”. Odpowiedź zawsze była sama: „Naturalne to mamy casualowe z bawełny, a eleganckich to nigdzie pani nie dostanie z naturalnych tkanin”.

Wiedziałam już, że znalazłam lukę na rynku. Zresztą do tej pory nie mam konkurencji. Pojawia się pytanie: skąd wiedziałam, że ludzie będą chcieli kupić to, co im zaproponuję? Świetnie ten problem omawia Tim Ferriss w książce „4-godzinny tydzień pracy”. Pisze na przykład o tym, żeby wyprodukować jeden model, a następnie nie pytać ludzi: „Czy kupiłbyś taki produkt?”, tylko faktycznie spróbować go sprzedać. Konkretnej osobie. Za pieniądze.

Ja to zrobiłam w trochę innej skali, ponieważ wiedziałam, że będę miała darmową reklamę na własnym blogu i będzie mi łatwiej. Jednak nie ruszyłam od razu z marką modową. Wyprodukowałam dwie sukienki. Potem przeszyłam ten sam model w sześciu innych kolorach. A dopiero później rozwijałam się z kolejnymi projektami. Na początku ryzykowałam naprawdę mało.

Czy mój pomysł jest okay?

Kontynuując poprzedni akapit, znów wrócę do Tima Ferrissa. Mówiłam już o tym na kilku konferencjach, w których brałam udział, ale może akurat nie miałaś okazji wysłuchać, a to dość ważne, więc powtórzę. Najprostszym testem na to, czy pomysł jest okay, jest zadanie sobie pytania: „Czy umiem swój biznes opisać jednym zdaniem?”. Większość ludzi, zapytana o to, co sprzedaje, tak naprawdę sama nie wie, a typowa odpowiedź wygląda tak: „Yyy, no ja mam taki sklep z kubeczkami, i to są kubeczki inne od innych kubeczków, bo wiesz… Yyyy one mają ucho z prawej, a nie z lewej strony…”. Super, świetnie, czuję się marketingowo poruszona. Zachęcona do zakupu tego kubka. Wiem, czym różni się on od innych kubków.

Mój pomysł na biznes w jednym zdaniu to: „Klasyczne ubrania z naturalnych tkanin”. Od początku tak było – i to mi bardzo szybko pozwoliło znaleźć miejsce na rynku oraz podkreślić to, co mnie wyróżnia.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o firmie, która kiedyś zupełnie nieprzypadkowo (znając mnie i moją markę) opisała swój sklep na Facebooku: „Eleganckie ubrania z naturalnych materiałów”. Powiem kulturalnie: myślcie samodzielnie. To naprawdę na dłuższą metę jest lepsze.

Skąd wziąć pieniądze?

Z bankomatu. Często mnie ludzie pytają, skąd mam pieniądze. Prawdę mówiąc, jest to dla mnie trochę za duże wchodzenie z butami w czyjś biznes, ale na potrzeby tego tekstu odpowiem. Z pracy. Odłożyłam pieniądze z akcji reklamowych, które przeprowadziłam na blogu. Co, jeśli nie masz bloga? Sprawa się komplikuje, ale nie jest nie do przeskoczenia. Jeśli nie potrafisz przez kilka miesięcy popracować na 1,5 etatu, żeby zarobić na start swojego biznesu, to nie otwieraj biznesu, bo wszystko Cię przerośnie. Szukaj pracy dorywczej, tymczasowej, drugiej. Zrezygnuj na chwilę z wakacji, wyjść do pubu, szalonych zakupów itp. Można uzbierać. Oczywiście opcją jest też szukanie inwestora lub branie kredytu, ale tutaj się nie znam, więc – chociaż to niemodne – się nie wypowiem.

Czy to na pewno dobry moment?

Nigdy nie ma dobrego momentu, ale odkładanie rzeczy na później sprawia jedynie, że zaczynamy robić je później. W każdym razie jeśli w marcu założysz sobie, że ruszysz z własnym biznesem w lipcu, to znaczy, że nawet jeśli zaczniesz pracować dzisiaj, to wystartujesz w październiku. Więc lepiej naprawdę zacznij pracować dzisiaj. W trakcie wychodzi tyle niespodziewanych rzeczy, które zajmują mnóstwo czasu, że i tak wszystko się opóźni. Sporo spraw (badanie rynku, wyceny, dogadanie się z podwykonawcami itp.) da się załatwić bez działalności gospodarczej i – co najważniejsze – bez zwalniania się z pracy na etacie.

Ja miałam taki moment, że przez kilka miesięcy wracałam z pracy zawodowej, jadłam obiad i siadałam pracować dalej. I tak do północy (godzina, o której muszę iść spać). Jeśli chodzi o czas, to naprawdę był to fatalny okres w moim życiu prywatnym i na pewno mogłam poczekać na lepsze ciśnienie, inną porę roku lub układ gwiazd. Tylko że zawsze dzieje się coś, dzięki czemu mamy wymówkę, żeby dalej leżeć. A czasem warto po prostu wstać.

Czy moja wiedza i umiejętności są wystarczające, żebym sobie poradziła?

Krzysiek Gonciarz powiedział kiedyś, że jeśli masz pomysł na książkę, to znak, żebyś ją pisała, bo większość ludzi w ogóle nie ma pomysłu. Pociągnę to dalej. Jeśli masz pomysł na biznes, to znak, żebyś go realizowała, bo naprawdę mało osób wie, co chciałoby robić we własnej firmie. Wiedzą tylko, że chcieliby być na swoim, bo słyszeli, że tak jest fajniej. Naprawdę mnóstwo blogerów mówi mi o tym, że zrobiliby coś, ale nie wiedzą co. Takie szukanie na siłę faktycznie może oznaczać, że nie masz wystarczającej wiedzy i umiejętności, żeby sobie poradzić.

Jeśli masz konkretny pomysł, to znaczy, że nie wziął się on znikąd. Masz jakieś informacje. Brzmi tajemniczo, prawda? Wiesz, czego na rynku brakuje lub co możesz zaoferować w lepszej jakości. Powinnaś brać się do działania, na pewno sobie poradzisz! A jeśli będziesz czuła, że nie, to zawsze możesz napisać do mnie e-mail (kontakt@blackdresses.pl). W notce Czego nauczyło mnie prowadzenie własnego biznesu? pisałam już, że kryzysy to normalna rzecz. Czasem pomaga po prostu usłyszenie od kogoś, że nie tylko u Ciebie zdarzają się problemy. Pisz! Postaram się doradzić.

A co, jeśli mi się nie uda? Czy warto mieć plan B?

Nie wiem, ile teraz zarabiasz. Ja na stanowisku logopedy (po pięciu latach studiów magisterskich i jednej podyplomówce) otrzymywałam 1860 zł netto miesięcznie. Nie oszukujmy się, nawet gdybym przespała jakieś niesamowicie istotne zmiany w logopedii (w co wątpię, patrząc na to, że większość osób nadal uczy metodami, które były popularne w mezozoiku), to bez problemu wyciągnęłabym tę sumę, pracując jako sprzedawca w sklepie. Nawet gdyby to miało być ponad etat, to nie jest niewykonalne. Mimo wszystko to nie był nigdy mój plan B. Z drugiego wykształcenia jestem specjalistą ds. public relations i gdyby coś mi się nie udało, to planowałam właśnie iść w stronę pracy w tym zawodzie. Zawsze mogłabym też bardziej inwestować w bloga, który – nie oszukujmy się – zatrzymał się na pewnym (na szczęście) stabilnym poziomie, ale nie rozwija się, bo więcej energii poświęcam na dopieszczanie swojej marki. Ja się pracy nie boję. Ty też się nie bój.

Warto, żebyś po prostu na chłodno się zastanowiła, jaką masz poduszkę finansową, ile masz czasu na to, żeby Twoja firma stała się rentowna, i co zrobisz, jeśli się nie uda. Magdalena Kostyszyn pisała kiedyś o tym, że czasem, aby utrzymać własną firmę, trzeba iść do pracy na etat. Bywa i tak, że pierwszy biznes nie wypala. Dopiero piąty przynosi prawidłowe zyski. Na pewno nie zalecam trzaskania drzwiami i obsypywania się brokatem podczas ostatniego dnia na etacie. Warto nie palić za sobą mostów, za to mieć jak najwięcej otwartych drzwi.

W którym momencie powinnam rzucić etat?

Jak najpóźniej. Ja rzuciłam etat po ośmiu miesiącach działalności mojej marki. To był moment, w którym wiedziałam już, że pomysł jest dobry i warto rozwijać go dalej. Wszystko potwierdzały słupki sprzedaży. Byłam wtedy w momencie, w którym – żeby rozwinąć markę jeszcze bardziej – potrzebowałam znacznie większej ilości czasu. Myślałam nad tym naprawdę bardzo długo i w zasadzie składałam wypowiedzenie w ostatniej możliwej chwili. W gratisie prawie się popłakałam, bo było mi szkoda, że zostawiam to, czego się przez tyle lat uczyłam i co chciałam zawsze robić. To było trochę dziwne, bo dużo osób zostawia pracę, której nie znosi, żeby w końcu robić to, co chce. Ja zostawiałam pracę, którą lubiłam, żeby robić inną rzecz, którą lubię. I to było idealne 50% na 50%. Truuuuuuudne sprawy. Generalnie polecam rzucanie etatu dopiero w momencie, w którym Twój biznes jest rentowny.

Jak znajdę pierwszych klientów, jeśli nie mam budżetu na reklamę?

Najtrudniejsze pytanie zostawiłam na koniec. Jeśli mam być tak naprawdę szczera, to powinnam odpowiedzieć: nie wiem. Ja pierwszych klientów miałam z bloga. Bardzo dużo pomogli mi znajomi blogerzy, który udostępniali pierwsze informacje o mojej marce. Potem silnie zadziałał marketing poleceń. Po prostu zadowolone klientki mówiły o moich ubraniach swoim koleżankom, siostrom itp.

A co, jeśli nie masz bloga? Pomagałam ostatnio koleżance w uruchomieniu jej sklepu. Od tego czasu minęły już dwa miesiące. Większość ludzi w tym okresie nie sprzedaje nic. Ona robi to od pierwszego tygodnia, a jedna z klientek kupiła u niej już siedem (!) rzeczy. Tym samym pobiła rekord mojego sklepu, bo ja takich wyników w ciągu dwóch pierwszych miesięcy nie osiągnęłam. (Ponieważ miałam dwa produkty w sklepie. Ale i tak jestem zazdrosna!)

Co takiego zrobiła moja koleżanka? Po prostu zorientowała się, w jaki sposób dotrzeć do swojej grupy docelowej. Często można to zrobić za damo, na przykład wyszukując odpowiednie grupy na Facebooku lub chodząc w miejsca, w których można poznać potencjalnych klientów. Warto też mówić o swoim biznesie wszystkim znajomym i znajomym znajomych oraz wychodzić z domu, poznawać jak najwięcej osób i dosłownie każdemu opowiadać (oczywiście z umiarem) o tym, czym się zajmujesz. W ten sposób moja koleżanka na szkoleniu z handlu sprzedała usługi swojej firmy pewnej innej firmie.

Wierzę w to, że ludzie naprawdę lubią sobie pomagać. Jeśli ktoś z moich bliskich znajomych otwiera biznes, to nie widzę powodu, dla którego miałabym mu fakturować obecność jego marki w mojej notce. Piszę za darmo i jeszcze mnie to cieszy, że mogę komuś kibicować. Początki bywają trudne i trzeba szukać różnych rozwiązań, ale warto podchodzić do wszystkiego ze spokojem i wiarą w to, co się robi.

To tyle ode mnie na dziś. Mój kolejny plan na biznesową notkę to: „O czym należy pamiętać, otwierając swój sklep internetowy?”. Dajcie mi znać w komentarzach, czy macie konkretne pytania w związku z tym. Postaram się na wszystkie odpowiedzieć!

 

 

 

  • Uf, dobrze, że jesteś i studzisz zapał! Własny biznes to ciężki kawałek chleba i zwykle się ludziom wydaje, że „na swoim” pracuje się mniej, kiedy jest dokładnie na odwrót. To wielka lekcja pokory, cierpliwości i motywacji, a czasem i znoszenia porażek. Pierwszą firmę założyłam 4 lata temu, kiedy byłam młoda i o jej prowadzeniu nie wiedziałam kompletnie nic. Łatwo można się domyślić, że kokosów z tego nie było i w ostateczności ją zamknęłam, ale bardzo cenię sobie ten okres, bo wiele się nauczyłam i teraz myśląc o „biznesie życia” o wiele łatwiej mi go planować. Po kilku latach na freelansie (i w międzyczasie dg) wróciłam na etat i bardzo mi tam na razie dobrze. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Obecnie doceniam stabilność finansową i możliwość rozkręcania czegoś „na boku”, jeżeli tylko najdzie mnie na to ochota, bez ryzyka, że pójdę z torbami.

    Ciebie podziwiam i mocno Ci kibicuję! Powodzenia w dalszym rozwoju :)

  • KarMagKat

    Moniko, mam jedno pytanie dotyczące własnego biznesu – czy zawsze trzeba zakładać swoją działalność gospodarczą? Czy to zależy od dochodu? Bo w moim przypadku to bardziej sprzedawanie usługi niż produktu jako takiego (dokładniej: chodzi mi o projektowanie a nie prowadzenie sklepu). Do tej pory współpracowałam z firmami na zasadzie umowy zlecenia i tak się rozliczałam. Ale zastanawiam się kiedy jest ten magiczny moment, że własna działalność jest niezbędna. W rozmowach z klientami indywidualnymi to na pewno fajniej wygląda, ale wiadomo że chodzi o ponoszone koszta (chociażby księgowy).
    Ja właśnie największy problem mam z reklamą. W kraju, w którym większość urządza mieszkanie czy buduje dom „po kosztach” i „na przecenach” sprzedanie usługi projektowej na normalnej stawce (no dobra, na polskiej stawce, do normalnych jeszcze u nas daleko) jest bardzo trudne. A przede wszystkim mam problem z wciskaniem ludziom siebie ;) Uwielbiam pracę na swój rachunek, ale nie ukrywam, że w biznesie przydałoby mi sie jakieś wsparcie, np. wspólnik. Za miękka jestem.
    Pozdrawiam!

    • O ile dobrze pamiętam to od 80 tys. dochodu rocznie trzeba mieć DG, ale nie jestem księgową, więc coś mogłam przekręcić.

      • KarMagKat

        Dzięki!

        • Ola

          Nie ma minimalnego obrotu, od którego należy założyć działalność gospodarczą, jest to często powtarzany mit :)

          Działalnością gospodarczą jest zarobkowa działalność wytwórcza, budowlana, handlowa, usługowa oraz poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobywanie kopalin ze złóż, a także działalność zawodowa, wykonywana w sposób zorganizowany i ciągły – co oznacza, że każda działalność zarobkowa jeżeli jest wykonywana w sposób „zorganizowany” i „ciągły” powinna zostać uznana za działalność gospodarczą (nawet jeżeli nie jest zarejestrowana!). Upraszczając – pytanie zatem czy jest to stały, powtarzalny (mniej więcej) / regularny dochód, czy jest to incydentalne i nieregularne wykonywanie usług.

          Nie ma znaczenia, czy sprzedajesz produkt czy usługę (wszyscy znani mi osobiście architekci wnętrz czy projektanci mają pozakładane DG).

          • Racja, odpowiadając miałam na myśli niezorganizowanych blogerów z nie ciągłymi zarobkami ;)

          • Aga EnVadrouille

            A czy myślałyście o wejściu na rynek jako StartUp? Ja w ten sposób rozpoczęłam (szkoła językowa) i po roku takiej pracy nadal jestem zadowolona. Koszty są DUŻO mniejsze niż przy DG, rozliczasz wszystko normalnie, możesz wystawiać faktury. Warto się zorientować! Nie chcę tu robić reklamy, w razie pytań piszcie na priv :) Pozdrawiam i trzymam kciuki!

          • Jakoś nikt mi tego nie doradził, nie wiem dlaczego.

          • KarMagKat

            Dzięki, to wiele wyjaśnia :)

          • iwona

            oczywiście, że tak.
            Jak zarabiasz jakiekolwiek pieniądze, musi to to być na podstawie czegoś – umowa o pracę, o dzieło czy zlecenie lub DG. W skrócie zarabianie pieniędzy ma być legalne i opodatkowane. Jeśli dostajesz kasę za coś, co zrobiłaś a nie jest to nigdzie zarejestrowane – jesteś w szarej strefie.

  • „O czym należy pamiętać, otwierając swój sklep internetowy?”

    Po doświadczeniach z e-commerce powiedziałabym, że o tym, że będzie bolało :D

  • Po półtorej roku czytania blogów biznesowych i po roku prowadzenia działalności w końcu trafiłam na tekst, który nie zachęca do rzucenia etatu :D Bardzo słuszne uwagi, Moniko, dzięki Ci za nie! Sama wciąż siedzę na etacie i nie zamierzam się prędko z niego ruszyć. Po pierwsze – dzięki temu płacę mniejszy ZUS. Po drugie – co miesiąc mam stały dopływ gotówki, czego jeszcze o swoim biznesie nie mogę powiedzieć. Jasne, praca na etat zostawia mniej czasu na zajmowanie się „swoim”, ale jak się człowiek uprze, to ogarnie i to.

    Inna sprawa, że ja mocno zawaliłam pewną kwestię, mianowicie nie przygotowałam się odpowiednio do otwarcia działalności. Ola Budzyńska wciąż powtarza, że „zrobione lepsze od doskonałego”, ale wolałabym tutaj dodać „porządnie zrobione”. Wiele rzeczy, które robiłam przez pierwsze miesiące działalności (chociażby kontakty z drukarniami czy zakładanie sklepu internetowego) spokojnie mogłam, a nawet powinnam była zrobić wcześniej. Dzięki temu nie byłabym te kilka miesięcy w plecy :P

    • Całkowicie się zgadzam z tym, że powinno być porządnie zrobione. Ja w ogóle nie lubię tego myślenia, że nie ważne jak, byle zrobić, bo to moim zdaniem prowadzi do obniżenia jakości.

  • Spadłas mi z nieba z tym wpisem. Tego mi było trzeba. Dziękuję. Czekam z niecierpliwością na ten zapowiadany. Pytań mam dużo ale to raczej na maila :-)

  • aleksandrasowinska

    Bardzo fajny wpis i słuszne uwagi. Ja co prawda nie miałam czego porzucać, bo nie miałam etatu, a jedynie umowę – zlecenie, ale i tak przeszłam na swoje. I też mam klientów poprzez bloga ;)

  • Aga EnVadrouille

    Świetny post! Bardzo rzeczowo i bez mydlenia oczu! Dzięki :)

  • Natalia Fryzowicz

    Bez Twojej pomocy pewnie do dziś nie otworzyłabym tego sklepu. Dziękuję ❤️
    Super tekst! Czekam na następny 😉

    • Ja bez Twojej też bym kiedyś nie przeżyła ;) Puci puci :)

  • Pingback: MORTYCJA POLECA #85 - PRZEGLĄD INTERNETÓW | M O R T Y C J A()

  • Pingback: Blaski i cienie bycia zawodowym blogerem()

Dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskie?

Październik 9, 2017

Ten temat chodzi za mną naprawdę od wielu lat. Już jako konsumentka, jeszcze przed założeniem swojej marki modowej, zauważyłam pewną prawidłowość. Powiedzmy sobie, że szłam do znanej sieciówki typu TERA lub M&M. W sklepie znajdował się dział męski oraz dział damski. Na dziale męskim można było dostać wełniane swetry i bawełniane koszule. Na damskim odpowiednikiem była akrylowa narzutka i poliestrowa bluzka. Z narzutki wystawały nitki, natomiast szwy w bluzce były krzywe.

Żeby było śmieszniej, kilka lat później, kiedy już produkowałam swoje koszule, miałam bardzo duży problem ze szwalnią, która szyła zarówno męskie, jak i damskie modele. Nie dało się ukryć, że damskie odszywali w gorszej jakości. Nawet jeśli dałam im dobrą tkaninę, to zawsze gdzieś były niedokładnie wszyte guziki albo krzywe szwy wewnętrzne. Z męskimi nie było tego problemu. W efekcie musiałam zmienić szwalnię.

Gorsza jakość

Nazwijmy rzeczy po imieniu. Damskie ubrania są bardzo często szyte z gorszych tkanin oraz z mniejszą dbałością o szczegóły niż ubrania męskie. Dlaczego?

Domyślam się, że jesteś tym faktem oburzona. Ja też. Powodem, dla którego założyłam własną markę, był fakt, że w żadnym sklepie nie mogłam dostać eleganckiej sukienki uszytej z naturalnej tkaniny. Pewnej zimy szukałam małej czarnej z naturalnego materiału, a wszędzie był tylko poliester. Naprawdę byłam w każdym sklepie w Warszawie. Ekspedientki wręcz się ze mnie śmiały. „Nigdzie pani nie znajdzie takich sukienek” – powtarzały jedna za drugą.

Musisz wziąć pod uwagę, że na tym blogu mamy pewną enklawę. Ty wymagasz jakości i wiesz, czym ta jakość jest. Ale konsumentki w całej Polsce – a raczej na całym świecie (ponieważ słynne zdjęcie z metką „wool” i aż 8% wełny w składzie zrobiłam w Barcelonie) – już niekoniecznie. I dla tych niekoniecznie wymagających, masowych klientek produkuje się masowo ubrania, które spotykamy w większości centrów handlowych.

Masowa klientka jest tu słowem kluczem, ponieważ to ona decyduje o tym, co i jak się szyje. Żadną tajemnicą biznesu nie jest bowiem to, że produkuje się to, co się sprzedaje i czego wymaga klient.

Masowa klientka

Odpowiedź na pytanie, dlaczego damskie ubrania są często gorszej jakości niż męskiej, należy więc zacząć od pytania: „Jaka jest masowa klientka?”.

Dla masowej klientki robienie zakupów to hobby, cardio i sposób na spotkanie z przyjaciółkami. Niekiedy kilka razy w tygodniu. Najpierw ogląda rzeczy online, później przymierza w  sklepie, następnie kupuje, przymierza w domu, połowę wymienia na coś innego, a tydzień później… znowu idzie do sklepu, kupuje, przymierza wymienia, kupuje, przymierza, kupuje itd. Tak spędza znaczną część wolnego czasu.

Żeby to wszystko miało sens, z tych zakupów trzeba jednak wracać z jakimiś zdobyczami. A jak wracać z czymś nowym z każdych albo prawie każdych zakupów? Trzeba kupować rzeczy tanie. A jak się produkuje rzeczy tanie? Byle jak i z byle czego. I kółko się zamyka. Moda na minimalizm ma się świetnie na Instagramie. W prawdziwym życiu nadal większość masowych konsumentek pragnie mieć bardzo dużo ubrań. To jest taka samonapędzająca się karuzela.

Nie chcę nikogo oceniać, każdy robi z pieniędzmi i czasem to, co chce. Po prostu staram się wytłumaczyć, skąd ta niska jakość. A traktowanie zakupów jako cotygodniowego zajęcia jest jednym z powodów. Żeby masowa konsumentka mogła kupować dużo, to ubrania muszą być tanie, nawet bardzo tanie. A takie mogą powstać tylko z kiepskich tkanin oraz muszą być źle zszyte.

Idąc dalej: skoro typowa konsumentka kupuje dużo, to znaczy, że nie chodzi w tych ubraniach często, bo ma ich tak wiele, że jej jedna bluzka może żyć dwa–trzy prania. To nawet lepiej. Zniszczyła się? Można znów iść na zakupy! Można? Raczej trzeba!

Bariera cenowa

W tym samym czasie masowy mężczyzna robi wszystko, żeby na te zakupy jak najczęściej nie chodzić. Woli więc raz zapłacić kilka tysięcy za dobry garnitur, niż szukać nowego co kilka miesięcy. Dla mężczyzn bardziej opłaca się produkować lepszej jakości ubrania, które będą kosztowały odpowiednio więcej, ale również dłużej posłużą.

I tu dochodzimy do kolejnego powodu niższej jakości. Otóż masowa konsumentka z trudem (albo wcale) przekracza barierę cenową. Taka klientka może wydać w jednym miesiącu pięć razy 100 zł na pięć różnych sukienek, ale nie wyda za jednym razem 500 zł. Ja wiem, że mnóstwo kobiet w internecie deklaruje, że woli oszczędzić i kupić jedną rzecz dobrej jakości niż więcej, ale słabej. Jednak deklaracje w sieci i decyzje przy kasie zakupowej to naprawdę dwie totalnie różne rzeczy. Deklaruje się to, co jest modne, a robi się to, co się chce. Zwłaszcza kiedy nikt nie widzi.

Całą tę spiralę nakręca dodatkowo fakt, że większość gwiazd, celebrytek oraz influencerek nie pokazuje się dwa razy w tym samym. Albo robią to tak rzadko, że kiedy księżnej Kate zdarzy się raz na trzy lata założyć na dwie okazję tę samą sukienkę, to zaraz pojawiają się o tym artykuły na wszystkich stronach plotkarskich. A umysł masowej klientki działa na zasadzie naśladownictwa. Nawet nie chcecie wiedzieć, ile razy usłyszałam od kobiet, że nie można pójść na dwa wesela w tym samym. Bo co rodzina powie?

Trendy

Ostatni element, na który chciałam zwrócić uwagę, to ekstremalnie szybko zmieniające się trendy w modzie damskiej. W lipcu pastele, w sierpniu paski, we wrześniu krata. Jeśli masowa klientka dąży do tego, żeby cały czas wyglądać modnie, to musi kupować mnóstwo nowych ubrań, a żeby nie zbankrutowała, to te ubrania muszą być tanie. A jak się produkuje tanie ubrania? Odpowiedź na to pytanie już  znacie.

To naprawdę jest gigantyczne błędne koło, z którego szybko się nie wyplączemy. Misją mojej marki (Monika Kamińska) jest walka z bylejakością, która nas zalewa, ale to wcale nie jest proste. Nie zmienię nagle na całym świecie podejścia kobieta do robienia zakupów. W modzie damskiej nie ma czegoś takiego jak granatowy garnitur w modzie męskiej. Pewnie myślicie, że odpowiednikiem jest mała czarna, ale to nieprawda. Granatowe garnitury mogą być dwa: jednorzędowy i dwurzędowy. Już naprawdę w porywach cztery: z wełny zimowej oraz z letniej, chociaż da się oczywiście kupić jeden z całorocznej. A jak jest z małą czarną? Może być na cienkich ramiączkach, na grubych, z krótkim rękawem, z rękawem do łokcia, z rękawem ¾, z długim rękawem, z rękawem dzwonkowatym, do połowy uda, przed kolano, do połowy kolana, za kolano, do połowy łydki, do kostki, do ziemi, ołówkowa, z ¼ koła, z ½ koła, z pełnego koła, wykończona koronką, z dekoltem V, z dekoltem U, z dekoltem w łódkę, z dekoltem na plecach… Możliwości jest tyle, że naprawdę bloga by mi nie starczyło, żeby wszystkie wymienić.

Napędzanie sprzedaży

Sieciówkom po prostu nie opłaca się produkować dla kobiet ubrań, które są dobrej jakości. Sieciówki muszą napędzać sprzedaż, więc iść w ilość, a nie w jakość. Sukienka, która nie niszczy się (!) po jednym sezonie, nie jest dobrym rozwiązaniem biznesowym. I mówię to jako osoba, która takie (czyli nieniszczące się po jednym sezonie) sukienki sprzedaje. Mam świadomość tego, że więcej zarobiłabym, gdybym drastycznie obniżyła jakość. Jeśli obserwujesz uważnie moją markę, to możesz zauważyć, że czasem przez sześć lub więcej miesięcy nie wprowadzamy żadnego nowego modelu sukienek do sprzedaży ready-to-wear. Tak jest w tym momencie. Robimy to świadomie, ponieważ nie zależy nam na szybkiej modzie. Wiosną i latem było dużo nowych sukienek, ale jesienią stawiamy na akcesoria (możesz je kupić tutaj), szyjemy garnitur dwurzędowy w kratkę księcia Walii oraz niesamowicie ciepłe płaszcze z grubej, angielskiej wełny. Ale to są ubrania, których nie trzeba wymieniać co miesiąc. Wolę zainwestować w tkaninę, konstrukcję i szwalnię niż w 72 920 byle jakich produktów. Robię to kosztem tego, że nigdy nie osiągnę takiej skali sprzedaży jak sieciówki. A musisz wiedzieć, że naprawdę  duże pieniądze w modzie robi się na ilości, a nie na jakości. Brutalna rzeczywistość biznesu.

Wyjście z sytuacji?

Cóż, mam nadzieję, że trochę rozjaśniłam temat. Generalnie najlepszym rozwiązaniem tej sytuacji jest uważne czytanie metek wewnętrznych ze składem, oglądanie szwów i dotykanie jak największej ilości ubrań. W pewnym momencie wyrobisz sobie takie wyczucie, że pocić będziesz się już od samego dotykania poliestru. A jeśli przy okazji uświadomisz koleżankę, czym się różni naturalna tkanina od sztucznej, to może za kilka(-naście) lat uda nam się zmienić rynek.

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.