Nie zapowiadało się

Styczeń 9, 2017

„Nie zapowiadało się”, powiedziała do mnie wczoraj Aleksandra, kiedy zdradziłam jej tajemnicę największej zmiany, jaka zaszła w moim życiu. „Kiedy cię poznałam, to się nie zapowiadało. Nawet nie tyle, że pójdziesz w tym kierunku, ale że w ogóle się aż tak bardzo rozwiniesz i tyle rzeczy będziesz ogarniać”.

Cóż, skłamałabym, gdybym nie przyznała jej racji. Wyliczając kiedyś na jednym tchu swojemu wychowawcy z liceum, co teraz robię, zakończyłam listę sukcesów tym samym zdaniem: „I co, sorze, nie zapowiadało się?”.

Potwierdził.

Nigdy nie byłam najlepszym uczniem w klasie. W podstawówce byłam bardzo dobra, w gimnazjum już tylko dobra, a w liceum przeciętna. Pierwszą połowę studiów przeimprezowałam (niczego nie żałuję), w trakcie drugiej byłam okropnym kujonem. Później skończyłam dwie podyplomówki. Na tej z public relations byłam najmłodsza. Nie miałam żadnego doświadczenia w branży. Moja chora ambicja kazała mi zrobić wszystko, żeby napisać i obronić pracę dyplomową z wyróżnieniem. Jak wymyśliłam, tak zrobiłam. Wtedy chyba po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że mogę więcej, niż mi się wydaje. I nagle z tyłu głowy zabrzmiały najgorsze słowa, z jakimi rodzice mogą wrócić z wywiadówki: „Zdolna, ale leniwa”.

Delikatnie mówiąc: uważam trochę inaczej.

Kiedyś z koleżanką przeanalizowałyśmy z ciekawości (nie, to wcale nie było wścibskie) „kariery” najlepszych uczennic, które były z nami w klasie. Wyszło nam dokładnie to samo, co każdemu uczniowi, któremu kiepsko idzie w szkole: oceny o niczym nie świadczą. Większość z uczennic, które były nam przedstawiane jako wzór, nie poradziła sobie zbytnio w dorosłym życiu. Część z nich za nic w świecie nie mogła dostać się na państwowe studia, inne nie mogły ich skończyć, kolejne – zamiast być świetnymi tłumaczami (średnia 4,7 do czegoś zobowiązuje) – na wiele lat utknęły, pracując jako kelnerki.

I żeby była jasność: żadna praca nie hańbi i ja również mam świadomość tego, że zawsze coś może pójść nie tak, więc trzeba będzie podwinąć rękawy i iść zarabiać pieniądze w jakikolwiek sposób, który zapewnia stały dopływ gotówki.

Chodzi o to, że nie ma się czym zrażać. Jeśli właśnie jesteś na studiach i w lutym oblejesz drugi termin egzaminu, tym samym na pierwszym roku poznając znacznie terminu „egzamin komisyjny” (czy prof. Świdziński nadal wykłada NOJ na UW?), to o niczym nie świadczy. Ani o tym, że zostaniesz wybitną specjalistką w swojej dziedzinie, ani o tym, że nią nie zostaniesz. Jeśli zaś zbliżasz się do egzaminu magisterskiego ze średnią 4,9, to również nie świadczy o tym, że po studiach znajdziesz pracę. Natomiast gdy w liceum masz jedynkę z matematyki, a poprawiasz ją, obiecując nauczycielce, że „nigdy nie będziesz miała z liczbami nic wspólnego, bo interesuje cię tylko teatr i Agnieszka Osiecka”, to nie świadczy o tym, że w przyszłości szybko będziesz musiała nauczyć się liczyć pieniądze we własnym biznesie.

Mój sąsiad nie dostał się na studia dziennie. Obecnie pracuje w dużej firmie w Londynie. Ja nie mogłam znaleźć pierwszej pracy. Obecnie zatrudniam ludzi. Moja koleżanka fatalnie zdała maturę i musiała studiować pedagogikę na uczelni rolniczej. Teraz jako handlowiec zarabia ponad 10 000 zł na rękę miesięcznie.

To nie jest tak, że się nie zapowiadasz. Może po prostu jesteś w uśpieniu. Ładujesz energię na później.

Poradzić mogę Ci jedno: cokolwiek by się działo – ucz się. Nie tylko na wykładach i z podręczników. Odkrywaj świat, rób tyle różnych rzeczy, na ile tylko masz siłę. Podróżuj, doświadcz wolontariatu, bądź wolnym słuchaczem, czytaj, poznawaj ludzi, popracuj za darmo, a później za pieniądze. Zbieraj doświadczenia. A potem połącz je w całość i wykorzystaj. Wiedzy nikt Ci nie zabierze. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, to się zapowiesz. I odniesiesz sukces.

PS O zmianie, która zaszła, będzie osobna notka. Potrzebuję około dwóch tygodni na zapanowanie nad sytuacją, ale będzie się działo! I jestem najszczęśliwsza na świecie!

 

baner-poziomy

 

  • Pingback: Nie zapowiadało się()

  • <3

  • Nie wiem, co wykombinowałaś, ale już teraz serdecznie Ci gratuluję i życzę powodzenia w nowej rzeczywistości. Dzięki za inspirację, energię i dzielenie się wiedzą. Jesteś wielka! :)

  • Klaudia

    Łatwo się to wszystko mówi. Ukończyłam studia wyższe na prestiżowej uczelni zagranicznej. Kosztowało mnie to dużo wysiłku, bardzo dużo wyrzeczeń i bardzo dużo pieniędzy. I co z tego? Po studiach jestem nikim. Pracuję w sklepie za psie pieniądze. Czuję się jak śmieć. Moi rówieśnicy poznajdywali sobie porządną pracę, a ja zamiast się rozwijać stoję w miejscu. Mam dość słuchania jak to niby jestem świetna itp. I co z tego jeżeli nikt nie chce dać mi pracy? Wiem, że do pracy o którą się staram mam wszystkie potrzebne umiejętności. Niby problemem jest mój brak doświadczenia. Ale ile w tym prawdy? Jak się chce psa uderzyć to kij zawsze się znajdzie. Jest bardzo niewielu pracodawców, którzy zdecydowliby się zatrudnić osobę, która może okazać się lepsza od nich.

    • Jeśli masz skończone studia bez doświadczenia, to umiejętności masz póki co teoretyczne – Ty może i wiesz, że je masz (albo tak uważasz), ale nie posiadasz na to żadnego dowodu. I tak na pewno to masz co najwyżej wiedzę. Pracodawcy nie chcą zatrudniać takich osób nie dlatego, że mogą okazać się od nich lepsze (serio, takie cuda to się zdarzają coraz rzadziej i to na bardzo wysokich szczeblach, a nie przy zatrudnianiu do pierwszej pracy, bo taki świeżak nie będzie dla nikogo zagrożeniem przez przynajmniej 2-3 pierwsze lata, nawet wtedy nie zagraża dalej zatrudniającemu go prezesowi firmy), ale dlatego że lepszą inwestycją jest zwykle ktoś, kto ma być może wykształcenie uzyskane na mniej prestiżowej uczelni, ale za to posiada doświadczenie, nawet w postaci staży i praktyk.

      Mamy XXI wiek. Krzywo patrzy się na ludzi, którzy przez 5 lub więcej lat studiów nie wykorzystywali wakacji na zdobywanie wykształcenia. Oburzasz się na to, że nikt nie chce Ci dać szansy w ciemno i doszukujesz się w tym jakiejś intrygi, a ja Ci gwarantuję, że gdybyś poświęcała wakacje na staże albo miała trochę gorsze oceny, a robiła jednocześnie praktyki, dawno miałabyś pracę w zawodzie.

      Wszystko zależy od branży, oczywiście. Ale jako ktoś, kto przejrzał spore ilości CV i przeprowadził sporo rozmów kwalifikacyjnych jako rekruter towarzyszący prezesowi, powiem Ci szczerze: mając do wyboru kogoś po liceum z 5-letnim doświadczeniem i studenta dowolnej, nieważne jak bardzo prestiżowej uczelni, który zmarnował szansę na zdobycie jakiegokolwiek doświadczenia podczas studiów, wzięłabym tego, który pracował. Bez doświadczenia – co najwyżej na bezpłatne praktyki.

      Monika powyżej napisała „Jeśli zaś zbliżasz się do egzaminu magisterskiego ze średnią 4,9, to również nie świadczy o tym, że po studiach znajdziesz pracę.” .I to jest, jak widać, dokładnie Twój przypadek.

  • Klaudia N.

    Jaki ten post jest piękny. Jak pasuje do mojego dzisiejszego nastroju i przemyśleń na temat pracy, studiów i tego, co jest po (bo co jest właściwie, kto to wie?). I jeszcze dodatkowo mnie zmotywował, a od samego rana chodzę wkurzona na cząstkę rynku pracy związanego z moim zawodem (tłumacza, ha! ale jeszcze nie skończyłam studiów :P) i zastanawiam się, za co się tu zabrać, żeby mieć dodatkowy fach i rozszerzyć swoje horyzonty. Tekst bardzo potrzebny, wstrzeliłaś się w mój kryzysowy moment idealnie :)

  • A ja może tak troszkę od innej strony.

    Byłam bardzo samolubnym, nieempatycznym dzieckiem. Kompletnie mnie nie obchodzili inni ludzie. Od zawsze byłam pewna, że chcę się zajmować muzyką. Niestety moi rodzice mieli inne zdanie na ten temat. W szkole byłam świetna z przedmiotów, a nawet rozdziałów które mnie interesowały i kiepska ze wszystkich innych (zbierałam pały z chemii nieorganicznej cały semestr, a kiedy w podręczniku zaczęła się organiczna, to nagle miałam piątki). Skończyłam liceum plastyczne, rok teatrologii, trzy lata muzykologii z czego każdy rok na innej uczelni i mimo napisania pracy licencjackiej, nigdy jej nie obroniłam z powodów logistyczno organizacyjnych które koncentrują się w osobie legendarnej „pani z dziekanatu”. Na studia nie chciałam iść, chciałam uczyć się śpiewu co zaczęłam w wieku 15 lat – i potem startować na akademię… ale „kazali”.

    Właśnie skończyłam 27 lat. Nie jestem ani muzykiem, ani muzykologiem. Pracuję w korpo. W zeszłym roku odpuściłam lekcje śpiewu.

    Mieszkam w mieście i kraju, w którym zawsze chciałam mieszkać, w pięknej cichej dzielnicy blisko lasu. Spędzam w teatrze albo sali koncertowej większość wolnego czasu – najczęściej w roli osobistej asystentki – co w wypadku primadonny oznacza szeroki zakres nieprzewidywalnych obowiązków i wymaga niewyczerpanych zasobów tzw. soft skills. W zeszłym roku założyliśmy z przyjacielem agencję artystyczną, żeby pomagać zdolnym i niewystarczająco wypromowanym śpiewakom. Robię to wszystko non profit. Moje życie kręci się wokół bezinteresownego dawania. Robię też milion innych rzeczy, ale dawanie jest na pierwszym miejscu.

    Nigdy nie byłam szczęśliwsza.

    Nie lubię słowa sukces, ale nie – nie zanosiło się, że z burkliwego grubaska z nosem w książce, doskonale niezainteresowanego innymi ludźmi wyrośnie osoba, którą jestem teraz.

    Jako podsumowanie, które bardzo dobrze pasuje także do Twojego tekstu, zacytuję wybitną wiolonczelistkę Jacqueline duPre:

    “The greatest thing is, at any moment, to be willing to give up who we are in order to become all that we can be.”

  • Powiem Ci szczerze, że faktycznie diagnoza „zdolny ale leniwy” jest chyba najgorsza. Sama świadomość tego, że wszystko Ci przychodzi łatwo i bez wysiłku, że się nie trzeba starać a i tak wszyscy klaszczą, ogromnie odbiera chęć do robienia czegokolwiek. Mówię z własnej perspektywy i podobnych do mnie osób, które znam. Kiedy nie masz nawyku pracowania na swoje sukcesy, to kiedy poprzeczka się podnosi w dorosłym życiu, nagle trudno się przystosować.

    Bo tak naprawdę dopiero w dorosłym życiu, po studiach, okazuje się, że bycie zdolnym to jest niesamowicie za mało :) I że koniec końców lepsze wyniki osiągają Ci bardziej pracowici, bardziej zdeterminowani, ambitni. A nawet totalny geniusz może się kompletnie zmarnować. Taki przypadek też znam.

    Tak że wielkie gratulacje i mów szybko co za zmiana!

  • Lejesz miód na moje matczyne znerwicowane, zaniepokojone serce nie przejmującej się zbytnio szkołą licealistki.
    Dziękuję :)

  • anne

    Spokojnie, po prostu wielka pani rekruterka potrzebowała poprawić sobie humor i napisać maluczkim stereotypowe oczywistości, żeby wiedzieli, że sami sobie winni – co tam, że nie ma pojęcia o Twoim życiu. Niektórzy uwielbiają pouczać – jedyne wyjście olać.

    • Klaudia

      Dziękuję za pomoc i za miłe słowa. Najprościej jest właśnie na kogoś wylać pomyje, że jest mało ambitny i leniwy i, że zamiast siedzieć w książkach powinien pracować w trakcie wakacji.

  • Nie wiem czy wolałabym usłyszeć zdolna ale leniwa czy stara się ale nie jest zdolna… chyba mimo wszystko to pierwsze.
    Ale generalnie zgadzam się totalnie,wyniki w szkół czy na studiach nie mają żadnego przełożenia na życie zawodowe. Ja – prymuska, czuję się trochę oszukana mówiąc szczerze

  • W dawnych czasach kiedy to zdarzało mi się dość reagularnie pisać bloga tż popełniłam notkę na ten temat opisując przypadek kolegi który w czasach liceum był wyzywany przez nauczycielkę od debili i kretynów. Nikt w niego nie wierzył, każdy mówił że się stoczy że będzie zerem. A teraz widzę co się dzieje z jego karierą i porównuje do tych prymusów i pupilków nauczycieli i jest odwyrtka w drugą stronę.
    Te wszystkie człowieki co to płakały że mają tylko 4 a chciały 5 albo gorzej że z 5 na 6 chcą poprawiać w zasadzie dziergają swoją pracę w szarym kącie, a ci któ®zy byli średni widze że najlepiej sa teraz ustawiani.
    Poza pracowitością i determiacja trochę przekory trzeba.
    Ja też byłam z tych średnich uczniów, w ostatniej klasie liceum moja wychowawczyni postanowiła mnie usadzić (miała z nami 3 przedmioty) i zrobiła mi w tym największą przysługę przez całe lata liceum, ze przestala byc moim nauczycielem i wychowawca ktory notorycznie mowil „no zdolna jest ale taka leniwa”.

  • Avarati

    Piękny tekst… poczułam się wzruszona i zmotywowana! Pomimo tego, że miałam dobre stopnie (wybijałam się na tle klasy), zawsze się buntowałam, kiedy mnie chwalono, a słabszym uczniom wróżono niezbyt lotną przyszłość. Albo mówiono mi, że w życiu się nie pozbieram, bo wrażliwiec ze mnie i gorąca głowa, bo dzisiaj chcą ścisłowców, a humaniści dzisiaj są straceni… Dzisiaj paru moich kumpli, którym groziły NDST, zarabia duży hajs, jeden nawet prowadzi bardzo obiecujący warsztat samochodowy. Jakoś nie widzę prymusów, żeby osiągali nie wiadomo co… poza jednym geniuszem, ale to geniusz z gatunku tych, którzy wrzucają swoje komórki do rzeczki zamiast kamyka i nie pamiętają daty swoich urodzin…
    A ja? Być może jestem jeszcze uśpiona… a może moim przeznaczeniem nie jest odnoszenie komercyjnych sukcesów? Wolę zrównoważony rozwój, powolny postęp bez wielkich zrywów, wyrzeczeń i płaczu. Ostatnio kłóciłam się z rodziną, bo mój kuzyn zgarnia kokosy na własnej firmie, a ja za sprzedaż i organizację „głupich kołczingów” nie zgarniam wielkich profitów… Powinnam zapieprzać 12h na dobę, uczyć się ekonomii, niemieckiego, zamiast marnować czas i energię na pisanie bzdurnych opowiadań, spotkania ze znajomymi czy czytanie niemodnych klasyków. Powiem szczerze… nie dla mnie jest gonitwa szczurów.

  • Pingback: Styczniowe znaleziska z sieci | ekopozytywna()

  • Nefglarien

    Ojej, zawsze mnie trochę bolą takie teksty. Ponieważ ja jestem właśnie tą osobą – niby zdolną, bardzo dobrą lub najlepszą uczennicą w podstawówce, liceum, na studiach… A teraz na progu wejścia w dorosłość obawiam się, że ten schemat również sprawdzi się u mnie i że nie poradzę sobie w prawdziwym życiu. Jest sporo tekstów o tym, że dobre oceny nie determinują sukcesu i aby się nie martwić, ale bardzo mało jest artykułów w odwrotnym kierunku. Niemniej rady, aby doświadczać nowych rzeczy i podejmować kolejne wyzwania są dobre dla każdego, więc nie jest tak źle, jednak fajnie byłoby poczytać coś skierowanego dla „prymusów”, bo problem istnieje, jak widać.

A w zasadzie to co u mnie słychać?

Marzec 23, 2017

Chciałam opublikować notkę o tym, co warto robić wiosną, ale uznałam, że to już milion razy wszędzie było. Siedziałam więc przed otwartym wpisem w WordPressie i poczułam nagle chęć napisania takiego zwykłego tekstu – bez żadnej myśli przewodniej. Kiedy szesnaście (sic!) lat temu zakładałam pierwszego bloga, blogosfera właśnie na tym polegała. Na pisaniu o tym, co u mnie. I chociaż to dopiero profesjonalizacja internetowych pamiętniczków dokonała rewolucyjnej zmiany w moim życiu, to jednak przelewałam myśli na klawiaturę długo wcześniej. I na chwilę chciałabym do tej konwencji wrócić.

Mamy 23 marca 2017 r.

Jestem potwornie szczęśliwa. Tak, wiem, że „potwornie” i „szczęśliwa” do siebie nie pasują, ale Jeremi Przybora zawsze mówił, że coś mu się strasznie podoba – więc ja mogę być potwornie szczęśliwa.

W moim wymarzonym butiku trwa remont. Obecnie wybieramy krzesła i przyznam, że nie sądziłam, że to takie trudne. Mam nadzieję, że znajdziemy coś ciekawego. Szczególnie że kupiliśmy już genialne szklanki, tak więc krzesła nie mogą być gorsze. Szukam też czarnych, matowych filiżanek. Może widziałaś gdzieś ładne?

Co najważniejsze, myślałam, że dojazd z mieszkania do butiku będzie zajmował mi dużo czasu, ale okazało się, że w sumie nie jest tak tragicznie. To dobrze, bo naprawdę nienawidzę marnować czasu na dojazdy.

W weekend miałam całkiem udaną sesję zdjęciową nowych ubrań, zatem niedługo zobaczysz pięć nowych sukienek, a chwilę później dwie spódnice. Cały czas rozwijamy też moje małe dziecko, czyli projekt szycia limitowanych serii, które dostępne są tylko stacjonarnie. To coś pomiędzy szyciem na miarę a ready-to-wear. Ubrania są unikalne, a jednocześnie w przystępnej cenie. W marcu trochę zaszaleliśmy, bo uszyliśmy na przykład czerwone spódnice, które w ostrym słońcu łapią pomarańczowy odcień. Niesamowicie dodają energii.

A poza sklepem? W zasadzie im więcej mam pracy, tym więcej mam czasu dla siebie, a raczej: tym więcej staram się robić w wolnych chwilach.

Przede wszystkim wciągam jak pizzę książki Remigiusza Mroza. Jego „Wotum nieufności” ma zakończenie, którego na pewno zazdroszczą mu scenarzyści „House of Cards”. Nie przesadzam.

Poza tym oglądam bardzo dużo seriali. Wszystko dlatego, że nadal mam przed telewizorem postawiony orbitrek. Chociaż wszyscy wróżyli mi klęskę, to ćwiczę na nim regularnie. Aktualnie robię to, oglądając brytyjski kryminał psychologiczny pt. „Luther”. Szału nie ma, ale jest całkiem przyjemnie – i przede wszystkim ma wartką akcję, więc nadaje się do treningu. Na dniach będę musiała wrócić do biegania, bo choć faktycznie nie przytyłam przez całą zimę, a nawet schudłam w talii, to chyba mi się za bardzo mięśnie rozrosły na udach. Ewentualnie jest to wina tego, że teraz mieszkam na czwartym piętrze ekstremalnie wysokiej kamienicy, można więc liczyć jak za ósme. Bez windy oczywiście. Panowie z Ezakupów Tesco mnie nienawidzą, kiedy zamawiam zgrzewki wody mineralnej.

Uwaga, teraz będzie śmiesznie. Od stycznia chodzę również na zajęcia… tańca na szpilkach. Taaaaak, dobrze przeczytałaś. Zgrabne poruszanie się nigdy nie było moją zaletą, dlatego postanowiłyśmy się z koleżanką ogarnąć i zapisałyśmy na tzw. high heels. Niestety, ćwiczenie na każdych zajęciach nowej choreografii chyba nie jest do końca tym, o co nam chodziło. Szukamy więc czegoś innego – ostatnio chodzi nam po głowie balet dla dorosłych. Ponoć uczą też od podstaw takie sieroty ruchowe jak ja. Jeszcze nie jestem przekonana, więc jeśli słyszałaś o jakichś ciekawych zajęciach, które nie są czymś typowym jak salsa, a jednocześnie uczą ładniej się poruszać, to daj znać.

Przedwczoraj zgłupiałam na punkcie piosenki „Hard to Be a Woman” śpiewanej przez połowę jednego z moich ulubionych zespołów, czyli The Pierces. Słucham tego non stop. A ponieważ mamy wiosnę, to również śpiewam. Mam nadzieję, że sąsiedzi mnie nie słyszą. Nie to, żeby mi jakoś tragicznie szło, ale – biorąc pod uwagę częstotliwość – mogą uznać, że coś jest ze mną nie tak.

W ogóle słucham ostatnio bardzo dużo muzyki, co nie jest takie oczywiste, ponieważ w zasadzie można by powiedzieć, że przez ostatnie kilka lat jej unikałam. Jeśli chciałam czegoś lub kogoś posłuchać, to szłam na koncert. W każdym innym wypadku wybierałam ciszę. Nie wiem z jakiego powodu, ale dźwięki mnie denerwowały. Kiedy byłam na studiach, to nie wyjmowałam słuchawek z uszu i nie potrafiłam przejść pięciu metrów bez odsłuchania jakiejś piosenki oraz wyobrażania sobie, że biorę udział w teledysku. Potem chyba się zmęczyłam, a teraz czuję, że znów jestem na scenie i śpiewam dla publiczności. Taki tam płodozmian.

Poza tym jest mi zwyczajnie dobrze ze wszystkim. Ze sobą, z pogodą, z ludźmi, którzy mnie otaczają, i z tym, co robię. Mam nadzieję, że ta wiosna będzie cudowna, a po niej przyjdzie jeszcze lepsze lato. Nie mam wobec najbliższego pół roku żadnych konkretnych planów i oczekiwań. Wiem, że po otwarciu butiku pewnie nie odpocznę, ale jakoś niespecjalne mi to przeszkadza. Ciepłe dni zawsze są dla mnie okresem spontanicznych decyzji i chwil do zapamiętania na całe życie. I wierzę, że tak samo będzie w tym roku.

To tyle u mnie. A co słychać u Ciebie?

 

baner-poziomy

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 Ok, Monday, let's do this! #mondaymorning #flatlay #morningligh #applejuice  Sunday morning #sundaymornng #relaxtime #teatime
 Tylko dla @timferriss jestem w stanie przerwać czytanie książki @remigiuszmroz #timferriss #toolsoftitans #instabook #flatlay #booklovers  Nowa, wiosenna paletka od @iliabeauty do kupienia w @rosetown_official Obłędne kolory! #ilia #rosetown #eyeshadow #flatlay #morningligh
 Na blogu dość nietypowa notka. O niczym konkretnym. #onthetable #flatlay #blogger #blog #flowers  Spring! #lalique #lamour #tulips #flowersgram #instaflowers
 #sky #inspo #nature #springinspired  #flowers #flatlay #inspo #onthetable #flowersgram
 Kilka sztuk tej soczyście kolorowej spódnicy czeka na Was na Poznańskiej 24/20 (wejście od Wspólnej 53, I piętro). Zapraszamy: pon - pt: 10.00 - 18.00 #minimalstyle #elegantstyle #ootd #fabrics  Spring is nature's way of saying: let's party! #springinspired #ootd #navybluedress #elegantstyle #blondhair #dresslovers