Nie zapowiadało się

Styczeń 9, 2017

„Nie zapowiadało się”, powiedziała do mnie wczoraj Aleksandra, kiedy zdradziłam jej tajemnicę największej zmiany, jaka zaszła w moim życiu. „Kiedy cię poznałam, to się nie zapowiadało. Nawet nie tyle, że pójdziesz w tym kierunku, ale że w ogóle się aż tak bardzo rozwiniesz i tyle rzeczy będziesz ogarniać”.

Cóż, skłamałabym, gdybym nie przyznała jej racji. Wyliczając kiedyś na jednym tchu swojemu wychowawcy z liceum, co teraz robię, zakończyłam listę sukcesów tym samym zdaniem: „I co, sorze, nie zapowiadało się?”.

Potwierdził.

Nigdy nie byłam najlepszym uczniem w klasie. W podstawówce byłam bardzo dobra, w gimnazjum już tylko dobra, a w liceum przeciętna. Pierwszą połowę studiów przeimprezowałam (niczego nie żałuję), w trakcie drugiej byłam okropnym kujonem. Później skończyłam dwie podyplomówki. Na tej z public relations byłam najmłodsza. Nie miałam żadnego doświadczenia w branży. Moja chora ambicja kazała mi zrobić wszystko, żeby napisać i obronić pracę dyplomową z wyróżnieniem. Jak wymyśliłam, tak zrobiłam. Wtedy chyba po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że mogę więcej, niż mi się wydaje. I nagle z tyłu głowy zabrzmiały najgorsze słowa, z jakimi rodzice mogą wrócić z wywiadówki: „Zdolna, ale leniwa”.

Delikatnie mówiąc: uważam trochę inaczej.

Kiedyś z koleżanką przeanalizowałyśmy z ciekawości (nie, to wcale nie było wścibskie) „kariery” najlepszych uczennic, które były z nami w klasie. Wyszło nam dokładnie to samo, co każdemu uczniowi, któremu kiepsko idzie w szkole: oceny o niczym nie świadczą. Większość z uczennic, które były nam przedstawiane jako wzór, nie poradziła sobie zbytnio w dorosłym życiu. Część z nich za nic w świecie nie mogła dostać się na państwowe studia, inne nie mogły ich skończyć, kolejne – zamiast być świetnymi tłumaczami (średnia 4,7 do czegoś zobowiązuje) – na wiele lat utknęły, pracując jako kelnerki.

I żeby była jasność: żadna praca nie hańbi i ja również mam świadomość tego, że zawsze coś może pójść nie tak, więc trzeba będzie podwinąć rękawy i iść zarabiać pieniądze w jakikolwiek sposób, który zapewnia stały dopływ gotówki.

Chodzi o to, że nie ma się czym zrażać. Jeśli właśnie jesteś na studiach i w lutym oblejesz drugi termin egzaminu, tym samym na pierwszym roku poznając znacznie terminu „egzamin komisyjny” (czy prof. Świdziński nadal wykłada NOJ na UW?), to o niczym nie świadczy. Ani o tym, że zostaniesz wybitną specjalistką w swojej dziedzinie, ani o tym, że nią nie zostaniesz. Jeśli zaś zbliżasz się do egzaminu magisterskiego ze średnią 4,9, to również nie świadczy o tym, że po studiach znajdziesz pracę. Natomiast gdy w liceum masz jedynkę z matematyki, a poprawiasz ją, obiecując nauczycielce, że „nigdy nie będziesz miała z liczbami nic wspólnego, bo interesuje cię tylko teatr i Agnieszka Osiecka”, to nie świadczy o tym, że w przyszłości szybko będziesz musiała nauczyć się liczyć pieniądze we własnym biznesie.

Mój sąsiad nie dostał się na studia dziennie. Obecnie pracuje w dużej firmie w Londynie. Ja nie mogłam znaleźć pierwszej pracy. Obecnie zatrudniam ludzi. Moja koleżanka fatalnie zdała maturę i musiała studiować pedagogikę na uczelni rolniczej. Teraz jako handlowiec zarabia ponad 10 000 zł na rękę miesięcznie.

To nie jest tak, że się nie zapowiadasz. Może po prostu jesteś w uśpieniu. Ładujesz energię na później.

Poradzić mogę Ci jedno: cokolwiek by się działo – ucz się. Nie tylko na wykładach i z podręczników. Odkrywaj świat, rób tyle różnych rzeczy, na ile tylko masz siłę. Podróżuj, doświadcz wolontariatu, bądź wolnym słuchaczem, czytaj, poznawaj ludzi, popracuj za darmo, a później za pieniądze. Zbieraj doświadczenia. A potem połącz je w całość i wykorzystaj. Wiedzy nikt Ci nie zabierze. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, to się zapowiesz. I odniesiesz sukces.

PS O zmianie, która zaszła, będzie osobna notka. Potrzebuję około dwóch tygodni na zapanowanie nad sytuacją, ale będzie się działo! I jestem najszczęśliwsza na świecie!

 

 

 

  • Pingback: Nie zapowiadało się()

  • <3

  • Nie wiem, co wykombinowałaś, ale już teraz serdecznie Ci gratuluję i życzę powodzenia w nowej rzeczywistości. Dzięki za inspirację, energię i dzielenie się wiedzą. Jesteś wielka! :)

  • Klaudia

    Łatwo się to wszystko mówi. Ukończyłam studia wyższe na prestiżowej uczelni zagranicznej. Kosztowało mnie to dużo wysiłku, bardzo dużo wyrzeczeń i bardzo dużo pieniędzy. I co z tego? Po studiach jestem nikim. Pracuję w sklepie za psie pieniądze. Czuję się jak śmieć. Moi rówieśnicy poznajdywali sobie porządną pracę, a ja zamiast się rozwijać stoję w miejscu. Mam dość słuchania jak to niby jestem świetna itp. I co z tego jeżeli nikt nie chce dać mi pracy? Wiem, że do pracy o którą się staram mam wszystkie potrzebne umiejętności. Niby problemem jest mój brak doświadczenia. Ale ile w tym prawdy? Jak się chce psa uderzyć to kij zawsze się znajdzie. Jest bardzo niewielu pracodawców, którzy zdecydowliby się zatrudnić osobę, która może okazać się lepsza od nich.

    • Jeśli masz skończone studia bez doświadczenia, to umiejętności masz póki co teoretyczne – Ty może i wiesz, że je masz (albo tak uważasz), ale nie posiadasz na to żadnego dowodu. I tak na pewno to masz co najwyżej wiedzę. Pracodawcy nie chcą zatrudniać takich osób nie dlatego, że mogą okazać się od nich lepsze (serio, takie cuda to się zdarzają coraz rzadziej i to na bardzo wysokich szczeblach, a nie przy zatrudnianiu do pierwszej pracy, bo taki świeżak nie będzie dla nikogo zagrożeniem przez przynajmniej 2-3 pierwsze lata, nawet wtedy nie zagraża dalej zatrudniającemu go prezesowi firmy), ale dlatego że lepszą inwestycją jest zwykle ktoś, kto ma być może wykształcenie uzyskane na mniej prestiżowej uczelni, ale za to posiada doświadczenie, nawet w postaci staży i praktyk.

      Mamy XXI wiek. Krzywo patrzy się na ludzi, którzy przez 5 lub więcej lat studiów nie wykorzystywali wakacji na zdobywanie wykształcenia. Oburzasz się na to, że nikt nie chce Ci dać szansy w ciemno i doszukujesz się w tym jakiejś intrygi, a ja Ci gwarantuję, że gdybyś poświęcała wakacje na staże albo miała trochę gorsze oceny, a robiła jednocześnie praktyki, dawno miałabyś pracę w zawodzie.

      Wszystko zależy od branży, oczywiście. Ale jako ktoś, kto przejrzał spore ilości CV i przeprowadził sporo rozmów kwalifikacyjnych jako rekruter towarzyszący prezesowi, powiem Ci szczerze: mając do wyboru kogoś po liceum z 5-letnim doświadczeniem i studenta dowolnej, nieważne jak bardzo prestiżowej uczelni, który zmarnował szansę na zdobycie jakiegokolwiek doświadczenia podczas studiów, wzięłabym tego, który pracował. Bez doświadczenia – co najwyżej na bezpłatne praktyki.

      Monika powyżej napisała „Jeśli zaś zbliżasz się do egzaminu magisterskiego ze średnią 4,9, to również nie świadczy o tym, że po studiach znajdziesz pracę.” .I to jest, jak widać, dokładnie Twój przypadek.

  • Klaudia N.

    Jaki ten post jest piękny. Jak pasuje do mojego dzisiejszego nastroju i przemyśleń na temat pracy, studiów i tego, co jest po (bo co jest właściwie, kto to wie?). I jeszcze dodatkowo mnie zmotywował, a od samego rana chodzę wkurzona na cząstkę rynku pracy związanego z moim zawodem (tłumacza, ha! ale jeszcze nie skończyłam studiów :P) i zastanawiam się, za co się tu zabrać, żeby mieć dodatkowy fach i rozszerzyć swoje horyzonty. Tekst bardzo potrzebny, wstrzeliłaś się w mój kryzysowy moment idealnie :)

  • A ja może tak troszkę od innej strony.

    Byłam bardzo samolubnym, nieempatycznym dzieckiem. Kompletnie mnie nie obchodzili inni ludzie. Od zawsze byłam pewna, że chcę się zajmować muzyką. Niestety moi rodzice mieli inne zdanie na ten temat. W szkole byłam świetna z przedmiotów, a nawet rozdziałów które mnie interesowały i kiepska ze wszystkich innych (zbierałam pały z chemii nieorganicznej cały semestr, a kiedy w podręczniku zaczęła się organiczna, to nagle miałam piątki). Skończyłam liceum plastyczne, rok teatrologii, trzy lata muzykologii z czego każdy rok na innej uczelni i mimo napisania pracy licencjackiej, nigdy jej nie obroniłam z powodów logistyczno organizacyjnych które koncentrują się w osobie legendarnej „pani z dziekanatu”. Na studia nie chciałam iść, chciałam uczyć się śpiewu co zaczęłam w wieku 15 lat – i potem startować na akademię… ale „kazali”.

    Właśnie skończyłam 27 lat. Nie jestem ani muzykiem, ani muzykologiem. Pracuję w korpo. W zeszłym roku odpuściłam lekcje śpiewu.

    Mieszkam w mieście i kraju, w którym zawsze chciałam mieszkać, w pięknej cichej dzielnicy blisko lasu. Spędzam w teatrze albo sali koncertowej większość wolnego czasu – najczęściej w roli osobistej asystentki – co w wypadku primadonny oznacza szeroki zakres nieprzewidywalnych obowiązków i wymaga niewyczerpanych zasobów tzw. soft skills. W zeszłym roku założyliśmy z przyjacielem agencję artystyczną, żeby pomagać zdolnym i niewystarczająco wypromowanym śpiewakom. Robię to wszystko non profit. Moje życie kręci się wokół bezinteresownego dawania. Robię też milion innych rzeczy, ale dawanie jest na pierwszym miejscu.

    Nigdy nie byłam szczęśliwsza.

    Nie lubię słowa sukces, ale nie – nie zanosiło się, że z burkliwego grubaska z nosem w książce, doskonale niezainteresowanego innymi ludźmi wyrośnie osoba, którą jestem teraz.

    Jako podsumowanie, które bardzo dobrze pasuje także do Twojego tekstu, zacytuję wybitną wiolonczelistkę Jacqueline duPre:

    “The greatest thing is, at any moment, to be willing to give up who we are in order to become all that we can be.”

  • Powiem Ci szczerze, że faktycznie diagnoza „zdolny ale leniwy” jest chyba najgorsza. Sama świadomość tego, że wszystko Ci przychodzi łatwo i bez wysiłku, że się nie trzeba starać a i tak wszyscy klaszczą, ogromnie odbiera chęć do robienia czegokolwiek. Mówię z własnej perspektywy i podobnych do mnie osób, które znam. Kiedy nie masz nawyku pracowania na swoje sukcesy, to kiedy poprzeczka się podnosi w dorosłym życiu, nagle trudno się przystosować.

    Bo tak naprawdę dopiero w dorosłym życiu, po studiach, okazuje się, że bycie zdolnym to jest niesamowicie za mało :) I że koniec końców lepsze wyniki osiągają Ci bardziej pracowici, bardziej zdeterminowani, ambitni. A nawet totalny geniusz może się kompletnie zmarnować. Taki przypadek też znam.

    Tak że wielkie gratulacje i mów szybko co za zmiana!

  • Lejesz miód na moje matczyne znerwicowane, zaniepokojone serce nie przejmującej się zbytnio szkołą licealistki.
    Dziękuję :)

  • anne

    Spokojnie, po prostu wielka pani rekruterka potrzebowała poprawić sobie humor i napisać maluczkim stereotypowe oczywistości, żeby wiedzieli, że sami sobie winni – co tam, że nie ma pojęcia o Twoim życiu. Niektórzy uwielbiają pouczać – jedyne wyjście olać.

    • Klaudia

      Dziękuję za pomoc i za miłe słowa. Najprościej jest właśnie na kogoś wylać pomyje, że jest mało ambitny i leniwy i, że zamiast siedzieć w książkach powinien pracować w trakcie wakacji.

  • Nie wiem czy wolałabym usłyszeć zdolna ale leniwa czy stara się ale nie jest zdolna… chyba mimo wszystko to pierwsze.
    Ale generalnie zgadzam się totalnie,wyniki w szkół czy na studiach nie mają żadnego przełożenia na życie zawodowe. Ja – prymuska, czuję się trochę oszukana mówiąc szczerze

  • W dawnych czasach kiedy to zdarzało mi się dość reagularnie pisać bloga tż popełniłam notkę na ten temat opisując przypadek kolegi który w czasach liceum był wyzywany przez nauczycielkę od debili i kretynów. Nikt w niego nie wierzył, każdy mówił że się stoczy że będzie zerem. A teraz widzę co się dzieje z jego karierą i porównuje do tych prymusów i pupilków nauczycieli i jest odwyrtka w drugą stronę.
    Te wszystkie człowieki co to płakały że mają tylko 4 a chciały 5 albo gorzej że z 5 na 6 chcą poprawiać w zasadzie dziergają swoją pracę w szarym kącie, a ci któ®zy byli średni widze że najlepiej sa teraz ustawiani.
    Poza pracowitością i determiacja trochę przekory trzeba.
    Ja też byłam z tych średnich uczniów, w ostatniej klasie liceum moja wychowawczyni postanowiła mnie usadzić (miała z nami 3 przedmioty) i zrobiła mi w tym największą przysługę przez całe lata liceum, ze przestala byc moim nauczycielem i wychowawca ktory notorycznie mowil „no zdolna jest ale taka leniwa”.

  • Avarati

    Piękny tekst… poczułam się wzruszona i zmotywowana! Pomimo tego, że miałam dobre stopnie (wybijałam się na tle klasy), zawsze się buntowałam, kiedy mnie chwalono, a słabszym uczniom wróżono niezbyt lotną przyszłość. Albo mówiono mi, że w życiu się nie pozbieram, bo wrażliwiec ze mnie i gorąca głowa, bo dzisiaj chcą ścisłowców, a humaniści dzisiaj są straceni… Dzisiaj paru moich kumpli, którym groziły NDST, zarabia duży hajs, jeden nawet prowadzi bardzo obiecujący warsztat samochodowy. Jakoś nie widzę prymusów, żeby osiągali nie wiadomo co… poza jednym geniuszem, ale to geniusz z gatunku tych, którzy wrzucają swoje komórki do rzeczki zamiast kamyka i nie pamiętają daty swoich urodzin…
    A ja? Być może jestem jeszcze uśpiona… a może moim przeznaczeniem nie jest odnoszenie komercyjnych sukcesów? Wolę zrównoważony rozwój, powolny postęp bez wielkich zrywów, wyrzeczeń i płaczu. Ostatnio kłóciłam się z rodziną, bo mój kuzyn zgarnia kokosy na własnej firmie, a ja za sprzedaż i organizację „głupich kołczingów” nie zgarniam wielkich profitów… Powinnam zapieprzać 12h na dobę, uczyć się ekonomii, niemieckiego, zamiast marnować czas i energię na pisanie bzdurnych opowiadań, spotkania ze znajomymi czy czytanie niemodnych klasyków. Powiem szczerze… nie dla mnie jest gonitwa szczurów.

  • Pingback: Styczniowe znaleziska z sieci | ekopozytywna()

  • Nefglarien

    Ojej, zawsze mnie trochę bolą takie teksty. Ponieważ ja jestem właśnie tą osobą – niby zdolną, bardzo dobrą lub najlepszą uczennicą w podstawówce, liceum, na studiach… A teraz na progu wejścia w dorosłość obawiam się, że ten schemat również sprawdzi się u mnie i że nie poradzę sobie w prawdziwym życiu. Jest sporo tekstów o tym, że dobre oceny nie determinują sukcesu i aby się nie martwić, ale bardzo mało jest artykułów w odwrotnym kierunku. Niemniej rady, aby doświadczać nowych rzeczy i podejmować kolejne wyzwania są dobre dla każdego, więc nie jest tak źle, jednak fajnie byłoby poczytać coś skierowanego dla „prymusów”, bo problem istnieje, jak widać.

  • Pingback: Styczniowe znaleziska z sieci - ekopozytywna()

Rzym zimą – warto czy nie?

Luty 14, 2018

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się, czy warto pojechać zimą do Rzymu albo w ogóle do Włoch, to mam nadzieję, że ten wpis rozwieje Twoje wątpliwości.

Nie będę Ci setny raz pisać o tym, jak bardzo kocham kraj wina i węglowodanów zapiekanych z serem. Najlepiej świadczy o tym fakt, że w tym momencie nie jestem już w stanie doliczyć się, ile razy byłam w słonecznej Italii. Możesz więc przyjąć, że jestem w tym temacie ekspertem. Dlatego z pozycji encyklopedii odpowiem teraz na tytułowe pytanie.

Uwaga!

Odpowiadam!

Nie wiesz nawet, jak bardzo WARTO.

Dlaczego? Oto pięć powodów, po przeczytaniu których będziesz siedzieć w samolocie.

Tanie bilety

Mamy 14 lutego, a ja w tym roku byłam we Włoszech już trzy razy. Pewnie myślisz, że nie mam co robić z pieniędzmi? Otóż mam, i właśnie dlatego nie pojechałam do Krakowa, bo było za drogo. Za to Rzym w jedną stronę kosztował mnie 80 zł (Ryanair), a Mediolan… rekordowe 44 zł (WizzAir). I o ile faktycznie pierwszy bilet kupiłam pół roku temu, o tyle drugi – niecałe trzy tygodnie przed wylotem. Do polowania na takie bilety polecam stronę www.superlot.pl oraz zwyczajne regularne przeglądanie stron przewoźników. Systematyczność działa! Za tydzień lecę do Barcelony za mniej niż 160 zł w dwie strony (znów WizzAir). Jeśli dodasz do tego noclegi tańsze niż w sezonie letnim (bardzo polecam Airbnb w okolicy Piazza Navona, klikając w TEN LINK, możesz odebrać 110 zł na darmowy nocleg), to naprawdę wyjdzie na to, że bardziej opłaca się wybrać do Włoch niż do Zakopanego.

Cokolwiek widać

Zastanów się: chcesz zobaczyć Koloseum czy ludzi na tle Koloseum? Ja wybieram to pierwsze. Szczególnie polecam zimę, jeśli chcesz porobić zdjęcia, bo chociaż sama – jak każdy – jestem turystką, to czasami chciałabym mieć taki przycisk, który po wypowiedzeniu magicznego zdania „Tu jest tak pięknie, że chcę zostać sama” wyłącza rzeczywistość i zostawia mnie sam na sam z fontanną di Trevi. To byłoby magiczne! Technologio, rozwijaj się!

Brak kolejek 

Okay, albo prawie brak kolejek. Do mojej ulubionej rzymskiej restauracji Da Francesco nawet zimą bywają problemy z wejściem bez rezerwacji, ale mimo wszystko to nie są te same kolejki, na które możemy trafić w sezonie wysokim. Mój rekord oczekiwania na stolik latem to około 1,5 godziny, zimą zwykle to nie więcej niż 30–40 minut. Oczywiście istnieje sposób na ominięcie tej rozrywki rodem z Manekina: wystarczy sprawdzić, o której restauracja się otwiera. Wieczorem jest to zwykle 19.00, a wtedy dla większości Włochów jest jeszcze za wcześnie na kolację. Polecam z tego skorzystać i zanim pojawi się więcej osób (zwykle po 20.00), bez czekania zająć wolny stolik.

O kolejkach zakręcających wężykiem przez cały plac Świętego Piotra, żeby wejść do Bazyliki, już nie wspomnę, bo kto tego nie widział na żywo, to i tak nie uwierzy. Niestety swoje odstać trzeba również zimą, ale trwa to znacznie krócej. Mimo wszystko warto!

Brak wyrzutów sumienia

Kiedy robi się chłodniej i ciemniej, nie masz wyrzutów sumienia, że nie zwiedzasz, bo jedyne, co możesz robić, to siedzieć w knajpie, jeść i degustować wina. Włochy są przecudowne i naprawdę warto zobaczyć każdy ich centymetr, ale pamiętaj, że kraj to również atmosfera. W Rzymie wypada więc poczuć dolce far niente. Potraktuj to jako jeden z zabytków, a nie pożałujesz! Rzym to idealne miejsce na relaks – jestem pewna, że Ty na niego zasługujesz.

Ciepełko i witamina D

Będę całkiem szczera: z tym bywa różnie, ale jeśli przez Europę nie przechodzi akurat fala mrozów, to we Włoszech w styczniu możesz spodziewać się nawet 17°C. Podczas Pitti Uomo pierwszego dnia chodziłam bez płaszcza. Biorąc pod uwagę, że w naszym kraju wiecznie nie ma słońca, to kilka dni we Włoszech może naładować Twoje akumulatory szybciej, niż Usain Bolt biegnie 100 metrów.

To jak? Siedzisz już w samolocie? Zanim wyłączysz internet, zerknij jeszcze na szósty powód: włoskie światło. Zdjęcia robią się same!

Wschód słońca widziany z dachu naszego apartamentu.

Z drugiej strony miałyśmy widok na Zamek Świętego Anioła. Via dei Coronari to idealna lokalizacja, bo z tej ulicy w zasadzie w większość najciekawszych miejsc można dotrzeć pieszo.

Tej zimy nie rozstaję się z golfami, a czerwony to mój ulubieniec lutego. Dziś możesz kupić golf w walentynkowej promocji 20%.

Pinsa – taki trochę inny rodzaj pizzy. Ma mniej tłuszczu, a więcej wody, dzięki czemu jest bardziej lekkostrawna. Dodaje się do niej również kwas chlebowy, który podkręca delikatnie smak. Dla mnie mocne 7/10.

To nie jest brudne zdjęcie, chociaż na takie wygląda. Te czarne plamki to ptaki, które akurat przelatywały mi nad głową, tworząc atmosferę rodem z filmów Hitchcocka.

Czy ja już coś mówiłam o tym, jakie w Rzymie jest światło?

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

 Dawno mnie we Włoszech nie było  #skyporn #milano #milan #fly #sky #bluesky #view #perfectview  Na relację z @pitti_uomo_ zapraszam Was na profil @monikakaminska_official #pittiuomo #pitti93 #pitti #pitti93 #pu93 #pittipeople #pittistyle #pittiphotos #redjacket #ootd #redcoat #woolcoat #wooljacket #streetstyle #womaninsuit #pittuwoman #elegantstyle #classy #sartorial #bespoketailoring #bespoke #luxuryfabrics
 "Italy is a dream that keeps returning for the rest of your life". #colloseo #rome #roma #rzym #italyphotos #italiandays #awesomeplaces #italy #romephoto #koloseum #wlochy #traveltoitaly #traveltoitaly✈️🇮🇹 #travelinspo #italiandream #trip #italytrip #romatrip #placestobe #placetosee  Zaraz znajdziecie się w owsiance  #raspberries #sundaymood #sundaymorning #breakfastinspo #sundaybreakfast #pooridge #winterbreakfast #onthetable #sundaychill #pornfood #healthfood #fruitlovers
 • sunrise • #sunrise #morning #saturdaymorning #rome #rzym #roma #sunriseinrome #view #awesomeplaces #awesomeviews #italianstyle #italiandays #italytravel #italytrip #sun #january2018 #winterinitaly #travelawesome #travelinspiration #italyinspired #favouriteplace #roof #rooftop  Prezent ode mnie dla mnie  @seebychloe / @shopbop #shopbop #bag #seebychloe
 ❤ ROME  ❤ P.S. Bielety lotnicze do Rzymu zimą są tańsze niż PKP Krakowa. 185 zł za loty w dwie strony  #ootd #ootdinspo #streetstyle #streetstyleinspo #redcoat #wool #cashmere #italianstyle #italiandays #streetstyleluxe #rome #rzym #wlochy #travelinspo #travelinspiration #trip #travelawesome #placestobe  Szara wełniana czapka smerfetka @monikakaminska_official #ootd #wool #greywool #winterootd #streetstyle #minimalstreetstyle
 Szczęśliwa kobieta w Rzymie, 1967 r. #rome #italy #italianstyle #italiandays #evening #eveningmood #city #travel #trip #view #streetstyle #january2018 #redcoat #italia #rzym #wlochy #blondhair   @sam_edelman shoes Są tak ładne, że aż szkoda je zakładać  @shopbop #samedelman #shopbop #newshoes #shoesaddict