Co ciekawego dzieje się zimą w Europie?

Grudzień 1, 2015

Pewnie nie wiecie, nie macie okien, Twittera ani Fejsbuka, to Wam powiem: w większości miejsc naszej strefy klimatycznej padał już śnieg. Podczas gdy piszę ten tekst, paskudna mokra niespodzianka od Buki z Muminków właśnie zlatuje posępnie z burego nieba. Jeśli jesteście choć trochę podobni do mnie, to zmieniliście kołdrę na najgrubszą, wyciągnęliście największe kubki na herbatę z imbirem / grzańca, jakie są w szafie, przygotowujecie się psychicznie na prezent w postaci rachunków za ogrzewanie i zastanawiacie się, czy jednak nie bardziej ekonomiczne są koty – w końcu też grzeją, zawsze można sobie (jeszcze) jednego sprawić. Rano ciemno, po południu ciemno, najlepiej się zakopać w pierzynę i cały ten czas przespać (te misie nie są wcale takie w ciemię bite…). Wiem, że są gdzieś tacy, którzy zimę kochają, ale pozwólcie, że nie wykażę zrozumienia…

Oczywiście, aż tak źle nie jest. Zima to święta Bożego Narodzenia, które w naszej kulturze związane są z dość niepowtarzalną atmosferą. Nawet ja, naczelny Grinch w rodzinie, czasem zapuszczę się nieśmiało między straganiki jarmarków w poszukiwaniu oryginalnego drobiazgu do mieszkania albo dla kogoś bliskiego – a pół godziny później siedzę na obrzeżu nieczynnej fontanny i z zachwytem podziwiam to miasteczko świateł, grzanego alkoholu w najróżniejszych odmianach, zupy rybnej, kołacza i kolęd. Jeden z najoryginalniejszych jarmarków świątecznych, jakie widziałam, to utrzymany całkowicie w nastroju epoki średniowieczny jarmark w Lukce, oświetlony wyłącznie pochodniami: niestety nie znalazłam informacji na temat tego, czy i w tym roku jest planowany. Tymczasem kilka innych propozycji, które powinny zadowolić zarówno zielonego gnoma, jak i entuzjastycznego pięciolatka.

Jarmarki i inne programy świąteczne

Budapeszt, 13 listopada 2015 – 6 stycznia 2016

Klausen/Chiusa, 27 listopada – 31 grudnia 2015

Colmar, 20 listopada – 31 grudnia 2015

Na pierwszy ogień zapraszam do świątecznego Budapesztu. Tradycyjny, centralny jarmark na placu Vörösmarty już ruszył i potrwa do stycznia, a w przyszłym tygodniu w jarmark zamienia się w zasadzie całe centrum: od Bazyliki św. Stefana przez hall hotelu Four Seasons po bulwar; stragany są też na placu Madácha, w Lasku Miejskim i na wielu innych uliczkach. Co można tu znaleźć? Mniej więcej wszystko. Od „taśmowych” pamiątek przez ręcznie robione świąteczne ozdoby po eleganckie, nawiązujące do tradycji płaszcze typu bocskái. Od płóciennych toreb i ubrań młodych projektantów przez miód od babcinek z okolicznych wsi po przepiękną ceramikę we wszystkich możliwych stylach. Kolejną atrakcją stolicy Węgier w okresie świątecznym jest csillamos. Nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza gwieździsty tramwaj: rozświetlone tysiącami lampek zabytkowe pojazdy (od zeszłego roku także trolejbusy) kursują po najbardziej malowniczych trasach w mieście, z tramwajową linią numer 2 na czele (dla tych, którzy nie wiedzą: tory wiodące od Mostu Małgorzaty wzdłuż peszteńskiego brzegu Dunaju aż po Most Średnicowy zostały wybrane drugą najbardziej malowniczą trasą komunikacji miejskiej w Europie, przegrywając tylko z weneckimi vaporetto). Przejechać się csillamosem można za cenę normalnego biletu, ważne są również bilety miesięczne i Budapest Card.

Lucca w tym roku chyba odpuściła, spragnionym średniowiecznych atrakcji proponuję zatem południowotyrolską Chiusę/Klausen: tamtejszy jarmark wygląda całkiem kusząco. Parady w kostiumach, koncerty i lokalne specjały wpisują się idealnie w grudniowy nastrój (i temperatury). Region, który dla Włochów nosi nazwę Alto Adige, dla reszty Europy zaś Südtirol, to także oczywiście jedna z najważniejszych miejscówek dla narciarzy.

Jeśli wurst, narty i piwo to nie Wasza bajka, zabiorę Was do prawdziwej. 60 kilometrów od Strasbourga znajdziecie Colmar, nazywane najbardziej alzackim miejscem w Alzacji: baśniowe francuskie miasteczko, które szczególnie w okresie bożonarodzeniowym wygląda jak z ilustracji w książce dla dzieci. Warto się wybrać o dowolnej porze roku, ale gdybym miała wytypować jedną, to byłaby to właśnie zima. Jarmarki i oświetlone domy to nie jedyna atrakcja, w Colmar praktycznie codziennie coś się dzieje: od win po wyroby rzemieślnicze, od lodowisk po koncerty organowe – urokliwa mieścinka wyglądająca jak z Disneyowskiej Pięknej i Bestii to świetny pomysł na romantyczny wypad we dwoje.

Wielka wyprawa nie bardzo chce się zaprzyjaźnić z Waszymi portfelami tuż przed świętami? Rzućcie okiem na imprezy u bliższych sąsiadów (Drezno, Wiedeń czy Praga znajdują się w rankingu „The Telegraph” pośród najciekawszych świątecznych celów podróży – razem z Budapesztem, jakbyście jeszcze mieli wątpliwości!) albo choćby we Wrocławiu czy Poznaniu. Mimo tłumów jest to zdecydowanie przyjemniejsza forma rozglądania się za upominkami niż atak na galerie handlowe. A jeśli niczego nie szukacie, napijcie się grzańca i zapomnijcie o byciu Grinchem – tak jak ja na placu Vörösmarty.

Oratorium Bożonarodzeniowe | Les Arts Florissants | Bruckner-Mahler

Warszawa, Filharmonia Narodowa, 20 grudnia 2015 | 19 stycznia 2016 | 19 i 20 lutego 2016

Podróż Zimowa

Luksemburg, Grand Théâtre, 20 stycznia 2016

Zima to także sezon najciekawszych koncertów i spektakli. W ciągu dwóch tygodni byłam/będę na ośmiu – w ten sposób jakoś łatwiej mi zapomnieć, jak bardzo nienawidzę tej pory roku. Od grudnia do lutego programem bardzo kusi Filharmonia Narodowa. Pozostając w świątecznym klimacie, zaczęłabym od Oratorium Bożonarodzeniowego 20 grudnia: to przepiękne, nastrojowe dzieło, którego po prostu dobrze się słucha (proszę się nie przestraszać, że to Bach), obsada jest świetna, ceny biletów życzliwe. 19 stycznia gościnnie wystąpi w FN zespół Les Arts Florissants: światowa śmietanka muzyki barokowej. W repertuarze znajdą się utwory, które kilkaset lat temu były muzyką rozrywkową, o czym William Christie i Paul Agnew wiedzą doskonale: przy odrobinie dobrej woli można potraktować program Un jardin a l’talienne jako koncert karnawałowy dla tych, których skręca na samą myśl o klimatach w rodzaju Wielka sława to żart czy Time to Say Goodbye. Miesiąc później, 19 i 20 lutego, zmieniamy nastrój: pod batutą Jacka Kaspszyka Orkiestra Filharmonii Narodowej wykona – jak na mój gust – program idealny, złożony z IV Symfonii Brucknera oraz Kindertotenlieder Mahlera. Solistką w pieśniach do słów Friedricha Rückerta będzie wybitna polska alcistka Ewa Podleś. Nie tylko na repertuar warszawski patrzę jednak z zainteresowaniem. Dla przykładu 19 i 20 stycznia na deskach Grand Théâtre w Luksemburgu odbędzie się premiera Podróży Zimowej Schuberta. Tym, którzy patrzą na mnie podejrzliwie, wyjaśniam: jest to sceniczna, zorkiestrowana przez Hansa Zendera wersja cyklu pieśni Schuberta. Wędrować przez zimowe Schubertowskie pejzaże będzie Julian Prégardien (syn Christopha, także tenora). Zapowiada się wspaniale.

Muzeum Rodina

Paryż, od 12 listopada 2015

Splendor i nędza

Paryż, Musée d’Orsay, 26 września 2015 – 17 stycznia 2016

Jeśli wolicie patrzeć, niż słuchać, Waszym miejscem na zimę jest Paryż. Odnowione Muzeum Rodina otworzyło (wreszcie!) swe podwoje 12 listopada i na zdjęciach wygląda świetnie. Wprawdzie chwilowo nie planują żadnej wystawy czasowej, ale tutaj i na kolekcję stałą nie ma co wybrzydzać. Podobnie jak w Musée d’Orsay, w którym jednak oprócz niej gości akurat Splendor i nędza – czyli kapitalna wystawa poświęcona postaci prostytutki w malarstwie w latach 1850-1910. Panny o nieciężkich obyczajach gościły w sztuce od zawsze, często jednak ich twarze i ciała przedstawiano jako Afrodyty, Madonny i innego rodzaju bóstwa. Jednym z pierwszych portretów, który przedstawiał kurtyzanę (niebędącą oficjalną kokotą królewską w rodzaju pani Pompadour) bez ideologicznego kostiumu, co więcej: kurtyzanę konkretną, znaną z imienia i nazwiska, jest portret Nelly O’Brien Reynoldsa z połowy osiemnastego wieku. Jeśli obraz przedstawiający młodą, ładną, ubraną kobietę z pieskiem był szokujący, możemy sobie tylko wyobrażać, jak bardzo sto lat później szokowała Olympia Maneta, która – zdaniem jednego z krytyków – „nie jest po prostu naga, ona jest rozebrana”. Jeśli te i inne smaczki wydają się Wam kuszące, polecam paryską wystawę wraz z towarzyszącymi jej imprezami.

Jeśli napiszę, że kocham zimę, będzie to grube nadużycie – wybaczam jej jednak bycie zimą za bogactwo kulturalne, które oferuje. Siedzenia w teatrach i salach koncertowych nie zawsze są tak wygodne jak nasza kanapa, ale przeżyć coś wyjątkowego na żywo warto nawet za cenę rozstania z kocykiem. To rzekłszy, idę przeobrazić się z kołdrowego burrito we względnie wyglądającego człowieka i przetoczyć się komunikacją miejską z zacisznych budańskich wzgórz do centrum miasta trzeci wieczór z rzędu – tym razem na Galę Bel Canto (wczoraj była III Symfonia Mahlera, przedwczoraj Koronacja Poppei Monteverdiego).

A jak już bardzo Wam się nie chce, poszukajcie ciekawego streamingu – coraz więcej platform udostępnia spektakle i koncerty z całego świata i to za darmo albo za śmieszną opłatą. Korzystam i Wam również polecam. Zawsze o ten jeden wieczór bliżej do wiosny.


Autorką tekstu jest Ariel Woy.

 

 

 

  • Fajny wpis. Chociaż w tym roku mam już zaplanowany grudzień i nie skorzystam ale może w następnym będzie inaczej :)

Nie muszę czuć się seksownie w ubraniu

Sierpień 28, 2018

Znam wszystkie sztuczki dotyczące tego, jak optycznie wyszczuplić figurę. Dzięki szyciu ubrań na miarę dla moich klientek wiem, gdzie powinny być zaszewki, jakie ustalić długości i który krój dobrać do figury. Rozumiem, że kiedy kobieta zamawia sobie sukienkę, to chce wyglądać w niej jak najlepiej. Moją rolą jest jej w tym pomóc. Paradoksalnie nie zawsze stosuję te wszystkie zasady na sobie.

Ukryta talia

Im dłużej zajmuję się modą, tym więcej eksperymentuję. Wybieranie dla siebie różnych ubrań i krojów zaprowadziło mnie w miejsce, którego sama się po sobie nie spodziewałam. Otóż pewnego dnia okazało się, że nie mam wewnętrznej potrzeby za każdym razem czuć się w swoim ubraniu seksownie. Nie przeszkadza mi, że ubiorę się w coś, co mnie całkiem zasłoni lub (to dopiero dramat dla internautów) ukryje mi talię.

Najważniejsze jest to, że kiedy chcę, to mogę ubrać się seksownie. Ale kiedy nie chcę – to nie muszę. Mam wybór.

Mnie chyba peszą męskie spojrzenia. Ostatnio wyszłam z domu w ekstremalnie krótkiej spódniczce. Była 10 rano. Właśnie tego dnia „natchnęło” mnie, żeby iść do pracy w mojej najkrótszej, uszytej dawno temu na miarę, mini. Nie pytaj. Już ustaliłyśmy, że nie traktuję mody zbyt dosłownie. W każdym razie była 10 rano, a ja czekałam przed domem na taksówkę. Spojrzenie, jakim obdarzył mnie wchodzący do budynku obok mężczyzna, mogło mi gwarantować wieczorną randkę. Na szczęście schowałam się za telefonem („Ja cię nie widzę, ty mnie nie widzisz”). Przez chwilę rozważałam powrót do domu i włożenie czegoś dłuższego, ale nie było czasu.

Seksapil

Przypominam sobie czasy, kiedy na studiach potrafiłam na środku klubu pełnego półnagich kobiet poderwać mężczyznę – tylko tym, że z wyraźnym zaangażowaniem opowiadałam mu o tym, czego ostatnio dowiedziałam się na wykładzie. Z pasją mówiłam o czymś, co mnie fascynowało. To dopiero był seksapil.

Tytuł jest dość przewrotny, ponieważ tak naprawdę czuję się seksownie. Nawet w domu w dresie. Jedyny kompleks (przy czym „kompleks” to i tak za duże słowo), jaki mam, to 3–5 kg za dużo węglowodanowego brzucha. Zanim zaczniesz się oburzać, dodam tylko, że to informacja potwierdzona przez dietetyka, a to, co teraz oglądasz na zdjęciach i Insta Stories z biegania, to wersja prawie idealna. Wiem, że tego nie widać prawie nigdy, ponieważ – tak jak napisałam na początku – znam wszystkie sztuczki dotyczące tego, w jaki sposób ubraniem poprawić figurę. Tak samo wiem, jak ustawić się do zdjęcia, żeby ten brzuch ukryć. To w sumie nic trudnego; są osoby, które z powodzeniem ukrywały półroczną ciążę. Kiedy więc pozuję do zdjęcia, oczywiste dla mnie jest, że robię je tak, byś myślała, że tego brzucha nie ma.

Natomiast jeśli chodzi o całą resztę… Wiem, że mam fajne ciało, ale zupełnie nie czuję potrzeby ogłaszania tego całemu światu za pomocą ubrania. Ja chcę się czuć dobrze ze sobą. Okay, walczę ze swoim brzuchem – ale gdy wygram, to paradoksalnie wcale nie wybiorę czegoś obcisłego. Ważniejszy jest dla mnie mój komfort psychiczny, który dzięki temu osiągnęłam. A co z nim zrobię oraz kiedy ubiorę się w mini, a kiedy w za duży sweter, to już tylko mój wybór.

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.