Przepraszam, z kim ja e-mailuję?

Wrzesień 11, 2017

Ten temat ciągnie się za mną od dłuższego czasu – w końcu postanowiłam ułatwić sobie życie i napisać tę notkę. Będę ją wklejać każdemu, kto nie podpisze się pod e-mailem.

Większość rzeczy lubię ustalać na piśmie, dlatego głównym narzędziem pracy w mojej marce jest e-mail. A moją największą bolączką jest to, że nie wiem, z kim koresponduję.

Zawsze wygląda to tak samo, ale sytuację opiszę na podstawie hipotetycznej firmy, w której na przykład zamawiam akcesoria krawieckie do butiku.

Wiem, że w tej firmie pracuje kilka osób. Byłam tam fizycznie i widziałam, że obsługą klienta zajmuje się pan Wojciech, pani Kasia, pani Ania, pan Janusz, pan Brajan i pani Karolina. I jeszcze czasem pani Maria, właścicielka. Jako że nie ma żadnej potrzeby, abym jeździła tam osobiście, większych zamówień dokonuję poprzez e-mail.

I mój problem polega na tym, że nigdy nie wiem, z kim w tej firmie koresponduję. Ponieważ nikt się nie podpisuje pod e-mailami.

Ustalam większe zamówienie i nie wiem, z kim to robię.

Ustalam szczegóły projektu i nie wiem, kto mi je potwierdza.

Ustalam cenę i nie wiem, kto ją akceptuje.

Ustalam datę i nie wiem, kto będzie za nią odpowiadał.

Wszystkie e-maile są anonimowe. Potem kiedy na szybko trzeba zweryfikować coś przez telefon, to nie mogę powiedzieć: „Umówiłam się z panią Kasią Nowakowską, że zamówienie będzie w kolorze czerwonym”. Bo nie wiem, z kim się umówiłam. Firma również nie wie, kto wysłał ten e-mail.

To nie jest pojedynczy problem. Śmiało mogę powiedzieć, że w około 30% firm, z którymi koresponduję, NIKT się nie podpisuje pod wiadomościami.

Jeden raz pozwoliłam sobie takiej firmie zwrócić na to uwagę, ponieważ znacznie utrudniało to nam pracę (raz odpisywał ktoś w rodzaju męskim, a raz w żeńskim). Od tamtej pory wszystkie wiadomości kończyły się tak:

KATARZYNA.

Dobrze czytasz. Pani (albo pan za panią, w sumie skąd mam wiedzieć) postanowiła podpisywać się samym imieniem zapisanym drukowanymi literami oraz z kropką na końcu.

W czym tkwi problem? Czasami jest ekstremalna rotacja i pracownicy zmieniają się co miesiąc, więc szef nie chce, żeby klient o tym wiedział (#truestory), w związku z tym e-maile pisze podmiot zbiorowy, zazwyczaj podpisany: Firma XYZ. Jednak w większości znanych mi przypadków mimo wszystko w tych firmach pracują wciąż te same osoby. Wiem, bo kiedy pół roku lub rok później udaję się tam osobiście, to wciąż je widzę.

Dlaczego więc nikt nie podpisuje się pod wiadomościami? Czy ktoś potrafi mi to logicznie wytłumaczyć?

PODPISANO:

MONIKA!%**(()_

 

 

 

  • Też się z tym spotykam. Aż nazbyt często, w przypadkach, kiedy adres mailowy to: biuro/sklep/sekretariat@nazwafirmy.pl podpis to: „pozdrawiamy, Nazwa Firmy”. Jest to strasznie męczące. Wydaje mi się, że część przedsiębiorstw w ogóle nie bierze pod uwagę, że konkretne nazwisko w podpisie jest dla innych istotne.

  • Mam podobne doświadczenia. W mojej pracy jestem odpowiedzialna za kontakt z klientem biznesowym i niejednokrotnie zdarza się tak, że w imieniu firmy kontaktuje się jakiś anonim, inicjał lub człowiek bez nazwiska. Już nie mówiąc o braku takich szczególików jak „dzień dobry” czy od wielkiej biedy „witam”. W końcu po co się nadmiernie rozpisywać.

  • Magda

    Oj znam ten ból. Taka drobna informacja, a jej brak potrafi nieźle napsuć krwi. Najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy na stronie internetowej są podane bezpośrednie numery telefonów do poszczególnych osób pracujących w dziale obsługi klienta, więc mogłabym zadzwonić bezpośrednio do osoby, która zajmuje się moim zleceniem, jeżeli mam potrzebę coś szybko ustalić, ale nie wiem do kogo mam dzwonić, bo konsultant nie był łaskaw się podpisać. Raz zdarzyło mi się zerwać kontakty z firmą, która nagminnie w ten sposób utrudniała kontakt. Raz też zdarzyła mi się odwrotna sytuacja. Rozpoczynając współpracę z pewną firmą otrzymałam bardzo miłego, profesjonalnego maila, w którym pani, która zajmowała się obsługą moich zleceń przedstawiła się, podała służbowy numer telefonu, zachęciła do kontaktu i nawet poinformowała mnie w jakim czasie średnio odpowiada na maile (współpracujemy już kilka lat i nigdy nie było opóźnienia w odpowiedziach). Każdy mail jest podpisany, a jeżeli akurat „moja” pani jest na urlopie, dostaję wiadomość od osoby, która ją zastępuje, znów z imieniem, nazwiskiem, numerem telefonu i zachętą do kontaktu a także z informacją o okresie zastępstwa. Taką firmę to tylko w ramkę oprawić i na szkoleniach pokazywać :) Są wspaniale zorganizowani i bardzo pomocni. Ale niestety to jest wyjątek. Na co dzień trzeba się borykać ze średniej jakości mailami od „niewiadomokogo”.
    Pozdrawiam
    Magda :)

  • lenistwo / niebranie odpowiedzialności / brak kultury osobistej / olewactwo
    JOANNA. *
    *ej, wygląda fajnie!

  • Ruda

    Szczerze mówiąc, jestem zdziwiona, bo nie pamiętam, żeby mi się coś takiego przydarzyło. Może to kwestia profili firm, z którymi mam kontrakt, ale zazwyczaj w mailu jest stopka z nazwiskiem i danymi kontaktowymi. Gorzej jest, gdy rozmawiam przez telefon – często ludzie nie przedstawiają się – to mniejszy problem, jeśli telefon jest przypisany do jednej osoby. W zasadzie moim standardem jest przedstawianie się i zadawanie pytania: z kim rozmawiam? Lub: Czy rozmawiam z panią Anną Wesołą?

  • PIĘKNE ZDJĘCIA!

  • Marcin Bohdankiewicz

    Ja to wytłumaczyć potrafię. Na przykład w kontaktach z Bankami wiem z kim rozmawiałem itd ale inna osoba z innego działu już o tej rozmowie nie ma pojęcia także imię i nazwisko jest dla mnie bezużyteczne. Dlatego lepiej gdy wszyscy pracownicy mają dostęp do informacji na temat konkretnego klienta lub partnera i nie przedstawiają się z imienia i nazwiska tylko jako reprezentant konkretnej firmy bo w przypadku gdy bedziesz rozmawiać z 10 osobami z danej firmy to i tak nie ma znaczenia a wręcz przeszkadza. Ważne aby dana firma miała pełną informację na Twoj temat.

  • Barbara S-cka

    U mnie zdarzają się maile z adresów typu ania@gmail.com. Pani/Pan przedstawiają się (podają imię i nazwisko), wskazują, że reprezentują firmę X Sp. z o.o. i proszą o przesłanie oferty dotyczącej itd.Tylko, że nie ma żadnej stopki, nie wiadomo kim dana osoba jest w firmie, nie ma danych firmy, nr tel., nic.

  • Dziękuję za ten wpis. Zwróciłaś uwagę na problem podpisów w e-mailach, ale również – zdaje się – na problem p i s a n i a w ogóle. A co za tym idzie? Kwestia władania językiem polskim i kultury osobistej. Niestety, kultura tymczasowości, chaos informacyjny, szum spowodowany nadmiarem wiadomości płynących ze wszystkich możliwych kanałów sprawiają, że nie jesteśmy uważni na j a k o ś ć słowa, ubrania, relacji międzyludzkich. Może to zbyt pesymistyczna diagnoza, ale póki co, wydaje mi się dość trafna.

Nie muszę czuć się seksownie w ubraniu

Sierpień 28, 2018

Znam wszystkie sztuczki dotyczące tego, jak optycznie wyszczuplić figurę. Dzięki szyciu ubrań na miarę dla moich klientek wiem, gdzie powinny być zaszewki, jakie ustalić długości i który krój dobrać do figury. Rozumiem, że kiedy kobieta zamawia sobie sukienkę, to chce wyglądać w niej jak najlepiej. Moją rolą jest jej w tym pomóc. Paradoksalnie nie zawsze stosuję te wszystkie zasady na sobie.

Ukryta talia

Im dłużej zajmuję się modą, tym więcej eksperymentuję. Wybieranie dla siebie różnych ubrań i krojów zaprowadziło mnie w miejsce, którego sama się po sobie nie spodziewałam. Otóż pewnego dnia okazało się, że nie mam wewnętrznej potrzeby za każdym razem czuć się w swoim ubraniu seksownie. Nie przeszkadza mi, że ubiorę się w coś, co mnie całkiem zasłoni lub (to dopiero dramat dla internautów) ukryje mi talię.

Najważniejsze jest to, że kiedy chcę, to mogę ubrać się seksownie. Ale kiedy nie chcę – to nie muszę. Mam wybór.

Mnie chyba peszą męskie spojrzenia. Ostatnio wyszłam z domu w ekstremalnie krótkiej spódniczce. Była 10 rano. Właśnie tego dnia „natchnęło” mnie, żeby iść do pracy w mojej najkrótszej, uszytej dawno temu na miarę, mini. Nie pytaj. Już ustaliłyśmy, że nie traktuję mody zbyt dosłownie. W każdym razie była 10 rano, a ja czekałam przed domem na taksówkę. Spojrzenie, jakim obdarzył mnie wchodzący do budynku obok mężczyzna, mogło mi gwarantować wieczorną randkę. Na szczęście schowałam się za telefonem („Ja cię nie widzę, ty mnie nie widzisz”). Przez chwilę rozważałam powrót do domu i włożenie czegoś dłuższego, ale nie było czasu.

Seksapil

Przypominam sobie czasy, kiedy na studiach potrafiłam na środku klubu pełnego półnagich kobiet poderwać mężczyznę – tylko tym, że z wyraźnym zaangażowaniem opowiadałam mu o tym, czego ostatnio dowiedziałam się na wykładzie. Z pasją mówiłam o czymś, co mnie fascynowało. To dopiero był seksapil.

Tytuł jest dość przewrotny, ponieważ tak naprawdę czuję się seksownie. Nawet w domu w dresie. Jedyny kompleks (przy czym „kompleks” to i tak za duże słowo), jaki mam, to 3–5 kg za dużo węglowodanowego brzucha. Zanim zaczniesz się oburzać, dodam tylko, że to informacja potwierdzona przez dietetyka, a to, co teraz oglądasz na zdjęciach i Insta Stories z biegania, to wersja prawie idealna. Wiem, że tego nie widać prawie nigdy, ponieważ – tak jak napisałam na początku – znam wszystkie sztuczki dotyczące tego, w jaki sposób ubraniem poprawić figurę. Tak samo wiem, jak ustawić się do zdjęcia, żeby ten brzuch ukryć. To w sumie nic trudnego; są osoby, które z powodzeniem ukrywały półroczną ciążę. Kiedy więc pozuję do zdjęcia, oczywiste dla mnie jest, że robię je tak, byś myślała, że tego brzucha nie ma.

Natomiast jeśli chodzi o całą resztę… Wiem, że mam fajne ciało, ale zupełnie nie czuję potrzeby ogłaszania tego całemu światu za pomocą ubrania. Ja chcę się czuć dobrze ze sobą. Okay, walczę ze swoim brzuchem – ale gdy wygram, to paradoksalnie wcale nie wybiorę czegoś obcisłego. Ważniejszy jest dla mnie mój komfort psychiczny, który dzięki temu osiągnęłam. A co z nim zrobię oraz kiedy ubiorę się w mini, a kiedy w za duży sweter, to już tylko mój wybór.

 

 

 

Przejdź do komentarzy
Obserwuj mnie na Instagramie @blackdressesblog

Sorry:

- Instagram feed not found.